Arkham Origins

Autorem recenzji jest Michał Chudoliński. Więcej o nim dowiecie się tutaj.

Poprzeczka postawiona była bardzo, bardzo wysoko. Miała być gra roku, cechująca się absorbującą fabułą osadzoną w pierwszych latach kariery Batmana jako zamaskowanego mściciela. Miał być multiplayer, dzięki któremu gry z serii „Arkham” weszłyby na nowy poziom rozrywki. Zwiastuny i pierwsze filmy z rozgrywki nieco ostudziły zapał graczy. Dawały znać, że będziemy mieć do czynienia z podobną do swej poprzedniczek produkcją, pozostawiającą zbliżone wrażenia i raczej pozbawioną nowatorskich rozwiązań. Choć „Arkham Origins” nie jest grą złą, to jednak pozostaje po niej niedosyt, niesmak i spore rozczarowanie. A na pewno wiele powodów do frustracji.

batman_arkham_origins

Gry z serii „Arkham” zmieniły żywot Batmana w grach komputerowych na zawsze. Przez wiele lat interaktywna rozrywka z Mrocznym Rycerzem kojarzyła się z czymś topornym – chaotyczne funkcjonowanie kamery, niewygodne sterowanie, brzydkie grafiki, słabe odwzorowanie atmosfery znanej z komiksów i filmów. „Arkham Asylum” kompletnie zerwał z tym stereotypem. Gra doskonale oddawała nastrój „Azylu Arkham” Granta Morrisona i Dave’a McKeana, z silnym wpływem motywów z serialu animowanego „Batman: The Animated Series” (głównie dlatego, że scenarzystą gry był sam Paul Dini, a w większości przypadków głosu użyczyli ci sami aktorzy, co w kultowej kreskówce). Ponadto gra pozwalała poczuć się Batmanem od początku do końca – mogliśmy zrozumieć, czemu wszyscy boją się człowieka przebranego za nietoperza, jak wykonuje detektywistyczną robotę oraz jak planuje atak na swoich oponentów.

Sukces „Arkham Asylum” rozwinęło dwa lata temu „Arkham City”. Sequel miał swoje dobre i złe strony. Pod względem atrakcyjności gra była wręcz doskonała – intuicyjny, prosty w obsłudze gameplay, płynność rozgrywki oraz możliwość latania po wielkich przestrzeniach aglomeracji miejskiej dawały wiele niewymuszonej frajdy każdemu graczowi. O ile sterowanie i dawanie łupnia bandziorom sprawiało dużo radości, to odczuwało się, że za dużo wątków fabularnych i postaci starano się umieścić na obszarze zbyt jednak małym jak na mitologię Batmana. Historia, napisana ponownie przez Diniego, momentami była ciągnięta na siłę, a sama koncepcja zrobienia z części Gotham ogromnego więzienia wydawała się dziwacznym pójściem na skróty ze strony włodarzy z Rocksteady. Ja przynajmniej oczekiwałem od „Arkham City” (i nadal tego oczekuję od przyszłych gier z logiem nietoperza) dużej przestrzeni i wolności wyboru, jakie mają np. gry z serii „GTA”. Wyobraźcie sobie – gra oparta na mechanice „Grand Theft Auto”, dziejąca się w dystopijnym Gotham City. Produkcja, w której niekoniecznie musisz być Batmanem i jeździć Batmobilem z punktu A do B, rozwiązując sprawy kryminalne, ale dająca możliwość bycia kryminalistą. Tego w „Arkham City” niestety nie odnaleźliśmy, choć nie oznacza to, że gra była zła. Była dokładnie tym, czym „Arkham Asylum”, jedynie wszystkich elementów pojawiło się znacznie więcej – umieszczonych w obszernym środowisku i o wiele lepiej dopracowanych. Jak to zazwyczaj bywa w dobrych kontynuacjach.

20131023161753

Obecnie Rocksteady po cichu pracuje nad tajnym, ambitnym projektem. Wszyscy podejrzewają, że będzie to kontynuacja historii z „Arkham City”. Nawet Kevin Conroy na jednym z konwentów zadeklarował, że pracuje od wielu miesięcy nad czymś dużym, a przyświeca mu idea uczynienia z gier czegoś nowego. W czasie gdy brytyjski producent gier komputerowych pracuje nad swoim opus magnum, postanowiono zrobić prequel „Arkham Origins”. Studio Warner Brothers Games Montréal postawiło sobie dość trudne zadanie – zrobienie na bazie silnika Unreal Engine 3 gry umiejscowionej na terenie całego Gotham, z niewprawionym jeszcze w boju Batmanem. W dodatku chciano zrewolucjonizować tryb detektywistyczny i ukazać całą robotę śledczą Mrocznego Rycerza od kuchni.

Rezultat? Odgrzewany kotlet, który, choć dobrze smakuje, pozostawia użytkownika znużonego i odrętwiałego. „Arkham Origins” posiada wszystkie zalety swoich poprzedników, ale nie idzie w żadnym nowym kierunku. Brakuje tutaj progresu, a na dodatek jest mnóstwo potknięć programistycznych i błędów w samej grze. O tym jednak nieco później.

Zacznę od tego, gdzie gra mnie nie zawiodła. Głównym minusem każdej z poprzednich gier „Arkham” była ich łatwość, nawet na najwyższym poziomie trudności. Mroczny Rycerz był zbyt mocną, doskonałą postacią w całym cyklu (nawet w obecnych komiksach jest to jeden z głównych problemów). Przez taki obrót spraw gra nie wydawała się żadnym wyzwaniem – liczyło się wyczucie, zgranie klawiszy i wytrenowana taktyka na poszczególnych przeciwników. W „Arkham Origins” jest znacznie trudniej na najwyższym stopniu trudności. Różnorodność antagonistów wzrosła i do każdego z nich trzeba podejść indywidualnie. W dodatku są oni mocniejsi od głównego bohatera, który tutaj dopiero rozpoczyna walkę ze zbrodnią. Jeżeli gram nadal w „Arkham Origins”, to tylko dlatego, że prowokuje mnie do wysiłku i lepszego opracowania strategii czy to w trakcie walki, czy w momencie cichego ogłuszania bandziorów.

Batman-Arkham-Origins_Sept-18_5

Dodatkowo historia sama w sobie jest całkiem interesująca. To bodajże najlepsza fabuła w całej serii i nie zawiera w sobie takich kwiatków, jak finał „Arkham Asylum” z napompowanym Jokerem. Batman dopiero drugi rok działa w Gotham, a jest w poważnych tarapatach – ośmiu płatnych zabójców czyha na jego życie w związku z nagrodą, jaką za głowę Nietoperza wyznaczył Black Mask. Dodatkowo gdzieś w tle pojawia się dziwna postać z zielonymi włosami, a pewien niziołek zakochany w Lewisie Carrollu porywa blondynkę w niecnych zamiarach… Oczywiście, można się czepiać scenarzystów, że słabo pokazali przeobrażenie się miasta z metropolii gangsterów w moloch szaleńców – w końcu głównym bossem mafii jest facet, który na twarzy nosi czarną czaszkę. Dodatkowo Bane pojawia się zdecydowanie za wcześnie – to łotr doskonały na Batmana w późniejszym etapie krucjaty, kiedy jest już zmęczony i obolały. Niemniej jestem w stanie wybaczyć to wszystko za część ukazującą pierwszą rozmowę terapeutyczną Harleen Quinzel z Jokerem. Doskonale ukazała ona dynamikę pomiędzy Batmanem a Jokerem, motywację Jokera do dalszego istnienia oraz miejsce przyszłej Harley Quinn w tym wszystkim. Dla tego momentu warto przejść kawałek gry, pomimo że czasami zgrzytniemy zębami przez drętwe dialogi oraz słabą charakteryzację pobocznych bohaterów, mocno rozwiniętych w komiksowym uniwersum.

Poza tymi elementami gra sama w sobie jest bardzo wtórna i odtwórcza. W porównaniu z poprzednimi grami, „Arkham Origins” nie jest krokiem ani do przodu, ani do tyłu. Jest jedną wielką stagnacją. To doskonały przykład obecnej polityki współczesnych deweloperów od interaktywnej rozgrywki, wypuszczających na rynek co rok, dwa lata tę samą grę, osadzoną w innym środowisku i z lekkimi graficznymi modyfikacjami. Nie jest to w sumie złe. Nadal dawanie wycisku rzezimieszkom daje radość, tak samo jest z polowaniem na kryminalistów na gargulcach. Mniej wymagający gracze będą czuć się jak w siódmym niebie. Zwłaszcza, że teraz możemy chociażby zajrzeć do Jaskini Mrocznego Rycerza. Sęk w tym, że nie widać tutaj za bardzo wysiłku Warner Bros. Games Montréal. Dużo rozwiązań i mechaniki zostało żywcem wziętych z poprzednich odsłon cyklu, a niektóre misje robią wrażenie zbyt podobnych do poszczególnych epizodów z „Arkham City”. Eklektyczność – to najlepsze sformułowanie do określenia „Arkham Origins”.

Anarky_+_Goons

O ile podkreślałem, jakim wyzwaniem są tutaj walki z przeciwnikami, o tyle tryb detektywistyczny pozostawia wiele do życzenia. Owszem, animacje teoretycznego przebiegu zbrodni robią wrażenie, ale ekipa producenta nie postarała się, żeby przy śledztwie gracz chociaż trochę wysilił się w trakcie badania miejsca zdarzenia. Wszystko opiera się na tym, że patrzymy w jedno szczególne miejsce, zaznaczone nawet czerwonym trójkątem, a następnie przytrzymujemy przycisk i czekamy na komentarz Batmana. Czujemy się przez to jak Watson obok Sherlocka, a nie jak sam Sherlock. W tym sensie rozgrywka zawodzi, choć animacje w momentach detektywistycznych są efektowne.

Największym zarzutem wobec „Arkham Origins” jest jednak to, że to produkcja niedopracowana. Rocksteady przyzwyczaiło nas do tego, że gra z Batmanem jest od początku do końca płynna, jeżeli chodzi o mechanikę gry. Tutaj natomiast momentami, mówiąc kolokwialnie, leży i kwiczy pod tym względem. Nie chodzi o to, że przeciwnik zostaje wyrzucony na orbitę za sprawą naszego ciosu albo momentalnie utknie w ścianie bez jakiegokolwiek powodu. Nie mówię o nawet tym, że po eksplozji kawałki gruzu ze ściany stoją w powietrzu, co jest kompletnym nieporozumieniem, jeżeli chodzi o fizykę środowiska. Momentami zwyczajnie nie da się przejść gry do końca, ponieważ błędy nie pozwalają nam dojść do konkretnego miejsca. A to nie możemy przejść przez szyb wentylacyjny, a to utkniemy w kanałach z powodu źle funkcjonującej windy. Jest to tak dokuczliwe, męczące i zniechęcające, że wielu wybrednych graczy momentalnie rzuci grą o ścianę i nigdy więcej do niej nie wróci. To także źle świadczy o dystrybutorze, jak i producencie samej gry. Fani Batmana i serii „Arkham” czekali bowiem dwa lata na wypuszczenie „Arkham Origins” na rynek. Jeżeli nagrodą za cierpliwość jest wadliwy produkt, wygląda to na ewidentny brak szacunku twórców gier do swego audytorium. Zwłaszcza, że nie są to tanie zabawy.

Batman__Arkham_Origins_13756674343327

Nie omija mnie uczucie, że „Arkham Origins” miało być rodzajem wprawki dla Warner Bros. Games Montréal, sprawdzeniem, czy poradzą sobie z takim projektem. Efekt jednak jest równie przeciętny, co „Assassin Creed 3” – podobnie jak w tej grze mamy do czynienia z ogranym środowiskiem, opcjami oraz przedmiotami, które rzadko kiedy nam się tak naprawdę przydają, oraz z mało żywotnymi aglomeracjami. W „Arkham Origins” problem z żywotnością jest znacznie, znacznie większy zresztą – na ulicach nie ma bowiem nikogo oprócz band chuliganów z kijami bejsbolowymi i karabinami maszynowymi! Gdzie są bezdomni, zwyczajni przechodnie? Jakieś życie w ogromnej metropolii, jaką jest przecież miasto Gotham, być musi. Bez względu na to, czy jest Wigilia, czy jest wichura…

Ogólnie rzecz ujmując, jestem srodze zawiedziony „Arkham Origins”. Jeśli chcesz zacząć przygodę z tym cyklem właśnie od tej części, to szczerze odradzam, pomimo ciekawej fabuły i projektów postaci. Traktuję tę produkcję jako próbę zrobienia czegoś fajnego na bazie dokonań poprzedników przez nowy zespół tworzący gry na konsole i komputery. Efekt jest taki sobie, skierowany raczej w negatywną stronę – jak to bowiem możliwe, ażeby gra tak denerwowała z powodu błędów i okazjonalnego zawieszania się sprzętu? Miejmy nadzieję, że Warner Bros. Games Montréal zrobi coś ciekawszego przy okazji następnej produkcji. A wygląda na to, że chcą przenieść na kanwę interaktywnej zabawy idee „Suicide Squad”, tak dobrze znanych z komiksów Johna Ostrandera…

„Batman: Arkham Origins”

Producent: Warner Bros. Games Montréal

Wydawca: Warner Bros. Interactive Entertainment

Dystrybutor polski: Cenega Poland

Reżyseria: Eric Holmes

Scenariusz: Corey May, Dooma Wendschuh

Kompozytor: Christopher Drake

Produkcja: Ben Mattes, Guillaume Voghel

Silnik gry: Unreal Engine 3

Data wydania: październik 2013 r.

Gatunek: akcja/przygoda, TPP

Tryb gry: jednoosobowa, wieloosobowa

Kategorie wiekowe: PEGI: 16+

Platforma: PC, PS3, XBox 360

Wymagania sprzętu komputerowego: System operacyjny: 64-bitowy, Windows Vista / 7 / 8, Procesor: Intel Core i5-750 2,67 GHz / AMD Phenom II X4 965 3,4 GHz, RAM: 4 GB, Karta graficzna: Nvidia GeForce GTX 560 / ATI Radeon HD 6950 (z 768 VRAM), Dysk twardy: 20 GB, DirectX: 9.0c

Język: angielski, polskie napisy

[Suma głosów: 1, Średnia: 5]

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *