BATMAN FOREVER 25 LAT PÓŹNIEJ

Zawsze nienawidziłem tytułów takich jak Batman Forever. Brzmią jak tatuaż, który ktoś zrobił sobie po pijaku albo pod wpływem narkotyków. Albo coś, co do rocznika szkolnego mogłoby wpisać jakieś dziecko.

—Tim Burton

Są takie filmy, w których widz zakochuje się od razu. I są takie, od których przez lata miewa mdłości, zanim zacznie je doceniać. W przypadku Batmana, do tej pierwszej kategorii bez dwóch zdań zalicza się niezapomniany Powrót Batmana, najlepszą ekranizację przygód tego bohatera, którą darzę wielkim uwielbieniem od chwili, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy jako małe dziecko. Do tej drugiej należy zaliczyć mieszany zawsze z błotem film Batman Forever, który w tym roku świętuje dwudziestopięciolecie swojego istnienia. Mieszany z błotem słusznie, temu nikt nie zaprzeczy, ale mający jednak do zaoferowania o wiele więcej, niż się to może wydawać. Bo to ten rodzaj kiczowatego kina, do którego mimo wszystko chce się wracać i przy którym widz bawi się naprawdę dobrze, pod warunkiem, że wyłączy myślenie, wyzbędzie się oczekiwań i… ma pewne pojęcie o tym, jak wyglądały komiksy o Batmanie z dawnych lat.

Najpierw jednak – dla formalności – kilka słów o fabule. W Gotham pojawia się nowy łotr, Dwie-Twarze, były prokurator, który po oblaniu części twarzy kwasem, oszalał i przeszedł na stronę zła. Batman musi stanąć z nim do walki, tym razem mając u swojego boku pomocnika – Robina. Ale to dopiero początek, bo już na horyzoncie czai się jeszcze jeden przeciwnik, Edward „Riddler” Nygma…

GENEZA

Batman Forever mógł wyglądać zupełnie inaczej. Batman Forever mógł być wielkim filmem. Oczywiście, gdyby tylko powstał zaraz po genialnym Powrocie Batmana, który w roku 1992 okazał się dużym sukcesem. Krytycy i widzowie się nim zachwycali, przy budżecie 65-80 milionów dolarów obraz zarobił niemal 283 miliony i… I wytwórnia Warner Bros., pamiętając o wiele wyższe wpływy z poprzedniego filmu, uznała, że to za mało, a tym samym postanowiła nie tyle wstrzymać produkcję, ile pchnąć ją na nowe tory. Co to w praktyce oznaczało? Powrót Batmana robił wielkie wrażenie dlatego, że był filmem mrocznym, psychologicznie frapującym i pełnym elementów, które producenci uznali potem za niewłaściwe dla dzieci. A skoro coś jest niewłaściwie dla najmłodszych, przyciągnie zdecydowanie mniej ludzi do kina. I tak oto w trakcie prac nad filmem roboczo nazwanym Batman Continues Burton został odsunięty od produkcji (niektóre źródła podają jednak, że sam zrezygnował na rzecz kręcenia filmu Ed Wood, co jest po części prawdą, ale twórca odszedł całkowicie z produkcji na rzecz tego obrazu, gdy jego następca już mocno pracował nad dziełem), a rzecz postanowiono oddać w ręce reżysera, który z przygód Człowieka Nietoperza miał uczynić kino stricte familijne. Rozważano takich twórców, jak Sam Raimi (który później pokazał w Spider-Manie, że nadaje się do takiego kina) czy John McTiernan. Ostatecznie jednak na reżyserskim stołku zasiadł Joel Schumacher (zmarły 22 czerwca 2020 roku), filmowiec uważany za specjalistę od widowiskowego, wizualnie dopracowanego kina, które nie wymaga jednocześnie wielkich nakładów finansowych, a zarazem człowiek, którego polecił Burton.

ZMIANY

Pierwszy zamysł Schumachera na nowy film był taki, by przenieść na ekran Batman: Rok pierwszy, legendarny i przełomowy komiks napisany przez Franka Millera, ale producenci byli innego zdania. Reżyser dostał więc scenariusz małżeństwa Lee i Janet Scott-Batchler napisany przy asyście Tima Burtona. Nie będąc jednak z niego zadowolony i chcąc czegoś lżejszego i łagodniejszego, o jego przerobienie poprosił Akivę Goldsmana, z którym współpracował przy Kliencie. Ten zaś rozbudował opowieść, dodał nowych bohaterów, kilku (Kobietę Kot, Scarecrowa i Pingwina) wyrzucił, wymyślił też całkiem nowe postaci: pomagającą Dentowi Spice, która miała uzupełniać znaną z kart komiksów Sugar i Chase Meridian, zainteresowaną i Batmanem, i Bruce’em Wayne’em psycholog. Obie miały jeden cel – podkreślać dwoistość charakteru tak Two-Face’a, jak i Człowieka Nietoperza.

Jakie jeszcze zmiany przyniosła produkcja? Przede wszystkim kwestię nowej obsady. To, co było najjaśniejszym elementem poprzednich filmów, czyli znakomity Michael Keaton, zniknęło, bo aktor nie chciał już grać Batmana. Oficjalnie podawano, że był zainteresowany ciekawszymi rolami i chciał odpocząć od blockbusterów, co oczywiście było częściowo prawdą, ważniejszy jednak był drugi powód: nie podobał mu się ani nowy reżyser, ani tym bardziej kierunek, jaki obrała seria i odrzucił nawet gażę w wysokości 15 milionów dolarów. Wtedy producenci postanowili nieco odmłodzić Batmana i do tej roli rozważali takich aktorów jak Ethan Hawke (który odmówił, czego później żałował) Alec i William Baldwin, Dean Cain, Tom Hanks, Kurt Russell, Daniel Day-Lewis, Ralph Fiennes, Johnny Depp czy Mel Gibson. Ostatecznie dostał ją Val Kilmer, który zgodził się bez czytania scenariusza czy nawet pytania, kto reżyseruje film.

Z ważniejszych ciekawostek dotyczących obsady warto jeszcze nadmienić, że rolę Chase miały zagrać Rene Russo, Sandra Bullock, Robin Wright, Jeanne Tripplehorn i Linda Hamilton, zanim powierzono ją Nicole Kidman. Billy Dee Williams, który wcielił się w Denta w poprzednich produkcjach, musiał ustąpić na rzecz Tommy Lee Jonesa, chociaż rozważano też takie gwiazdy jak Clint Eastwood czy Martin Sheen. Riddlera miał natomiast zagrać Robin Williams, a Michael Jackson sam chciał się w niego wcielić, ale ostatecznie to Jim Carrey został wybrany do ożywienia na ekranie Pana Zagadki. Jeśli chodzi o Robina, to już w poprzednim filmie miał go zagrać Marlon Wayans, Schumacher jednak postanowił pójść w innym kierunku i rozważał gwiazdy pokroju Leonarda DiCaprio, Matta Damona czy Christiana Bale’a. Schumacher chciał też, żeby na ekranie pojawił się Bono jako MacPhisto, ale nic z tego nie wyszło, chyba że liczyć napisaną specjalnie dla Batman Forever piosenkę Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me, która stała się wówczas hitem sezonu.

Trzeba też pamiętać, że spory lifting przeszło Gotham, a i Batman się jemu nie ustrzegł. Jeśli chodzi o miasto scenografię z pierwszych dwóch filmów zastąpiła bardziej nowoczesna, inspirowana nowojorską architekturą z lat 40. i 50. XX wieku i wyglądem współczesnego Tokio. Batman zamiast zwyczajowego kostiumu przerzucił się na coś w rodzaju zbroi – taką samą tylko dużo bardziej kolorową dostał też Robin. Mrok zniknął. Została kolorowa, rzucająca się w oczy estetyka, która objęła cały film.

JAKOŚĆ

A jaki jest to film, jeśli chodzi o jakość? Cóż, nie ma się co oszukiwać: Batman Forever to kicz. To kolorowa tandeta, przerysowana, pozbawiona realizmu, komiksowa, płaska, zaludniona bohaterami, którzy byli papierowi i nieciekawi. Nic tu do siebie nie pasuje, wszystko jest infantylne, a design postaci ciąży coraz bardziej w kierunku homoerotycznych stereotypów, których szczyt niezamierzenie osiągnie dopiero w kolejnej części. W tym wszystkim jedynie o efektach specjalnych można powiedzieć coś dobrego. Zalane licznymi kolorowymi światłami Gotham, w którym bohaterowie serwują nam spektakularne popisy nadludzkich możliwości, ogląda się całkiem przyjemnie. Przynajmniej dopóki na scenę nie wkraczają aktorzy. O ile jeszcze Kilmer, który nawet nie stara się grać, nie drażni tak bardzo, o tyle reszta to niestety porażka. Tommy Lee Jones, inspirując się przerysowanym Jokerem w wykonaniu Jacka Nicholsona, do granic możliwości krzywi się i śmieje, a widz zgrzyta zębami. Chris O’Donnell jest tak nijaki, że jedynie jego nieco zawadiacki wygląd wyróżnia go czymkolwiek, ale za to nijak nie pasuje na Robina. Jeszcze słabiej wypada Carrey, który zwyczajowo dla siebie, kolokwialnie mówiąc, krzywi mordę, jakby grał w taniej komedii. Ale Batman Forever nie jest komedią – przynajmniej niezamierzoną. Gdzieś w tym wszystkim ginie nawet przyzwoita fabuła, która jednak pozostaje wtórna i czasem pospiesznie poprowadzona (Schumacher zdecydował się wyciąć wiele scen, bo pierwsza wersja filmu trwała 160 minut – pytanie, kto by to wytrzymał).

I tu pojawia się pytanie, skoro ten film nie ma w sobie niczego dobrego, czemu napisałem na wstępie, że chce się do niego wracać i można dobrze się przy nim bawić? Bo to prawda. Warunkiem jest albo chęć wyłączenia myślenia na takim samym poziomie, na jakim wyłącza się go przy oglądaniu niewybrednych komedii wypełnionych fizjologicznym humorem, albo znać dość dobrze komiksy o Batmanie. Bo Forever nie jest przerysowany przypadkowo. Schumacher chciał takiego filmu, przestylizowanej, kolorowej opowieści, która miała być jak stare komiksy z Człowiekiem Nietoperzem. Wtedy wrogowie robili dziwne miny i biegali w kolorowych wdziankach, a ich zachowanie wcale nie było logiczne, tak samo, jak triki, które robili herosi. I ten film odtwarza tamtą atmosferę, co miłośnicy klasyki opowieść graficznych z Nietoperzem powinni docenić, problem w tym jest taki, że nie pasowała ona do czasów, kiedy rzecz debiutowała na ekranach kin. Gdyby powstała dekadę albo dwie wcześniej, spodobałaby się o wiele bardziej, debiutowała jednak w roku 1995, kiedy nikt już nie chciał takiego kina. A co gorsza, nie potrafił go robić tak, jak robiono je w latach 80.

Dwadzieścia pięć lat później film wciąż nie jest uwielbiany, chociaż coraz więcej osób zaczyna go cenić. Czy kiedykolwiek zyska on większe uznanie? Nie. Niektóre kinowe obrazy okazywały się porażkami, które dopiero po latach zyskiwały należyte im miejsce w dziejach kina (spójrzcie tylko na Łowcę androidów), ale Batman Forever nie podzieli ich losu. Co nie znaczy, że jego twórcy źle na tym wyszli – przy budżecie 100 milionów dolarów produkcja zarobiła łącznie ponad 336 milionów i była najlepiej zarabiającym filmem roku. Doczekała się też kontynuacji, która zapowiadała się o wiele ciekawiej, a stała jeszcze gorszym filmem… ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Autorem artykułu jest Michał Lipka. Rocznik 88. Z komiksów nigdy nie wyrósł, choć pasjami czyta powieści i sam także stara się pisać. Ma na koncie kilka publikacji, scenariusz komiksowy też zdarzyło mu się popełnić, ostatnio jednak przede wszystkim skupia się na recenzjach i publicystyce, pisanych m.in. dla prowadzonego przez siebie bloga Książkarnię.

Korekta: Marcin Andrys

[Suma głosów: 1, Średnia: 5]

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *