Batman Knightfall: Prolog

Doczekaliście się. Wy, którzy od lat nawoływaliście w puszczy i gdzie bądź, o ponowne wydanie legendarnej już historii „Batman Knightfall” – doczekaliście się. Prawie dwadzieścia sześć lat po zaprezentowaniu przez wydawnictwo TM-Semic polskiemu czytelnikowi „Upadku Rycerza”, wydawnictwo Egmont podjęło się wydania kompletnej, niepociętej edycji historii, która zmieniła nie tylko opowieści o Batmanie, ale i oblicze amerykańskiego komiksu w ogóle. Tak więc dla Was, którzy chcecie przeżyć nostalgicznie wszystko jeszcze raz i dla Was, dla których będzie to ten magiczny pierwszy raz – już do wzięcia „Batman: Knightfall – Prolog”.

JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO – „BATMAN KNIGHTFALL”: „PROLOG”

TEN NOWY

Zaczęło się niewinnie, od pomysłu rzuconego przez scenarzystę Petera Milligana tuż przed jego odejściem z prowadzenia nietoperzowej serii „Detective Comics”. Otóż Milligan, któremu prowadzenie serii o Nietoperzu niezbyt pasowało (a który od niechcenia stworzył jedną z najlepszych historii o Batmanie – „Dark knight, dark city” – „Mroczny Rycerz mrocznego miasta”), tuż przed odejściem zaproponował Dennisowi O’Neilowi – scenarzyście i redaktorowi naczelnemu linii komiksów o Batmanie – stworzenie bardziej hardcore’owego, nowego Batmana – postaci, która miałaby zaistnieć w mitologii niejako w kontrapunkcie do, wydawałoby się, nieco przestarzałego w metodach Mrocznego Rycerza. Co prawda, Milligan swojego pomysłu nie zrealizował, ale koncept zainteresował O’Neila[1] i tak narodził się Azrael.

Jean-Paul Valley, student Gotham University, po zamordowaniu ojca dowiaduje się, że zarówno ojciec, jak i on sam są członkami tajemniczego Zakonu Św. Dumasa, organizacji powołanej w średniowieczu, walczącej ze złem metodami zdecydowanie starotestamentowymi. Zakon Św. Dumasa realizuje mistyczne plany swojego założyciela, czyli rycerza Dumasa. Okazuje się, że chłopak od dzieciństwa przygotowywany był przez swego ojca do przejęcia roli Azraela, zabójcy na usługach zakonu. Umiejętności wgrywane przez ojca wprost do podświadomości przy pomocy tajemniczego Systemu, uczyniły z Jean-Paula jednego z najniebezpieczniejszych ludzi na Ziemi. Teraz, nadeszła jego kolei – zarówno Zakon, poprzez swojego wysłannika – karła Nomoza, jak i przeciwna strona w postaci Carletona LeHaha dawniej akolity Zakonu, obecnie handlarza bronią i wcielenia demona Biisa, mają wobec Valleya własne plany. A że wszystko rozgrywa się w Gotham City, wiecie doskonale, że spotkanie z Batmanem jest nieuniknione.

Wszystko to (i o wiele więcej), O’Neil zawarł w napisanej przez siebie miniserii „Batman: Miecz Azraela”[2], przepięknie narysowanej przez Joe Quesadę i Kevina Nowlana. Historia ta nie tylko stała się bestsellerem, ale stworzyła też podwaliny pod większy plan, który O’Neil miał już w głowie, a z czego czytelnicy, jak i szefostwo DC Comics jeszcze nie zdawali sobie sprawy. Otóż O’Neil wymyślił sobie, że zastąpi Bruce’a Wayne’a w roli Batmana kimś młodszym i bezlitosnym. Ale nie zrobi tego tylko dlatego, że początek lat dziewięćdziesiątych wymagał pod względem komercyjnym zmiany zastarzałego status quo, a – przede wszystkim – po to, aby pokazać, jak ważna jest osobowość Wayne’a dla Mrocznego Rycerza i po to, aby wykazać niezbicie, że nikt inny nie będzie tym PRAWDZIWYM Batmanem.

TEN ZŁY

Oczywiste było, że aby nowy Batman mógł się pojawić na dachach budynków Gotham City, stary Nietoperz musiał odejść. Ktoś więc musiał go usunąć z szachownicy. Skoro żadnemu z klasycznych przeciwników ta sztuczka nie udała się na dłużej (Batman znikał lub umierał już wcześniej, ale zawsze wracał niemal błyskawicznie) nadeszło pora na nowego gracza. I tu w sukurs przyszedł kultowy mistrz klawiatury – Chuck Dixon, scenarzysta, który w 1992 r. przejął prowadzenie serii „Detective Comics”. Gdy DC Comics zatwierdziło plany rewolucyjnej zmiany, na spotkaniu scenarzystów i redaktorów serii o Batmanie, Dixon i Doug Moench (scenarzysta serii „Batman”) zaproponowali[3] postać bez imienia i nazwiska, używającą przydomka Bane. Bane to człowiek, który w więzieniu Pena Duro na wyspie Santa Prisca (taka dcuniverse’owa wersja fidelowskiej Kuby), od dzieciństwa trenował swoje ciało i umysł, aby przetrwać. Później został ofiarą eksperymentów medycznych z silnie uzależniającą, a jednocześnie dającą nadludzką siłę substancją o nazwie „Venom”, aby ostatecznie stać się legendą Pena Duro i w końcu uciec. Uciec, aby zaznać wolności i pokonać człowieka, którego pokonanie miało utwierdzić go w przekonaniu, że pokonał wszystkie słabości i jest jedynym panem swojego życia. Absurdalne? Pewnie, że tak, ale kto w latach dziewięćdziesiątych przejmował się takimi drobiazgami. Zresztą kto przejmuje się dziś?

W każdym razie, w lutym 1993 r. ukazał się komiks „Batman: Vengeance of Bane”[4], w którym zaprezentowano origin nowego czarnego charakteru. Do dziś pozostaje on postacią kontrowersyjną. Z jednej strony latynoski bad guy to amalgamat nadludzkiej siły, zręczności, intelektu i myślenia strategicznego, z drugiej jednak lekkie zażenowanie budzi jego idiotyczny kostium nawiązujący do lokalnego fenomenu luchadores i bliżejniewyjaśnione talenty detektywistyczne – otóż Bane bez trudu stwierdza, że Batman i Bruce Wayne to jedna i ta sama osoba. Po latach widać, że można było nad tą postacią bardziej popracować – niemniej Bane jest na razie ostatnim stworzonym na potrzeby mitologii batmanowskiej bohaterem (ewentualnie poza bandą z Trybunału Sów), który tak mocno osadził się w historii i rezonuje do dziś w wielu mediach.

„Vengeance of Bane” to także Graham Nolan u szczytu swojej formy, co kontynuował także w ramach pracy nad „Knightfall”. Czadowa, klasyczna amerykańska kreska w najlepszym tego słowa znaczeniu, wtedy gdy Nolanowi jeszcze się chciało i przykładał się do tego, co rysował.

TEN DOBRY

Choć Azrael i Bane to dwie bardzo ważne w „Upadku Rycerza” postaci, to jednak nie można zapominać o Batmanie. A to przecież historia przede wszystkim o nim, rozpoczęta bardzo dobrą opowieścią „Venom”, którą O’Neil napisał na potrzeby serii „Legends of the Dark Knight” (numery 16-20 z 1991 r.)[5], tytułu poświęconemu Mrocznemu Rycerzowi, ale skierowanego do bardziej wyrobionego czytelnika, oczekującego nieco poważniejszego podejścia do postaci Zakapturzonego Krzyżowca. I rzeczywiście „Venom” takie było – mroczne, gęste, zwłaszcza w początkowej fazie. Zaczyna się od tego, że Batmanowi nie udaje się uratować dziewczynki przed utonięciem. Jej ojciec – naukowiec stwierdza, że gdyby Mroczny Rycerz korzystał z opracowanego przez niego specyfiku podwyższającego zdolności organizmu, dziecko by przeżyło. Załamany psychicznie Batman decyduje się zażyć środek – nie wie, że co prawda jego umiejętności zostaną wzmocnione, ale niebawem zostanie ćpunem. O tym jest ta historia – o uzależnieniu, co może ono zrobić z człowiekiem, i jak wiele potrzeba siły, aby nałóg pokonać. Reszta to już dosyć typowa komiksowa intryga, aczkolwiek niepozbawiona pewnego tragizmu (relacja ojciec-syn) i smutnej obserwacji, do czego może posunąć się człowiek dla pieniędzy i kariery (naukowiec). Zwłaszcza ten ostatni aspekt opowieści wydaje się w 2022 r. bardzo ciekawy – naukowiec z „Jadu” jest szaleńcem, przynajmniej takie sprawiał wrażenie w Wigilię Bożego Narodzenia 1994 r., gdy czytałem ten komiks; dziś dostrzegam w nim członka rady medycznej, popularnie zwanego ekspertem.

„Batman: Venom” to komiks bardzo nierówny, ale niezapomniany. Niewątpliwie jedna z najlepszych rzeczy, które napisał O’Neil (twórczość którego bardzo szanuję, ale jednocześnie średnio za nią przepadam), sprawnie – ale bez fajerwerków – narysowana przez Trevora Von Eedena, Russela Brauna i inkowana przez Jose Luisa Garcię-Lopeza. Sceny ze: śmiercią dziewczynki, bezradnością Batmana, zamknięciem Bruce’a w jaskini i jego wyjściem z niej i pamięciową przebitką tego jak Bruce wyglądał w izolacji – nawet po latach chwytają za serce, jako przejaw sztuki komiksu najwyższej próby[6].

TA CAŁA RESZTA

Na resztę albumu „Knightfall: Prolog” składają się zeszyty serii: „Batman” [484-491], „Detective Comics” [654-658] oraz Annual nr 2 do serii „Legends of the Dark Knight”. Część z tego materiału polski czytelnik poznał w edycji TM-Semic, resztę Marcin Rustecki i Arkadiusz Wróblewski uznali za stosowne pominąć. Jako osobnik, który nienawidzi wszelkiego narzucania punktu widzenia przez jakichkolwiek redaktorów, uważam, że dobrze jest poznawać materiał w takim kształcie, w jakim powstawał, nieważne czy efekt był marny, czy nie. Każdy odbiorca ma swoje indywidualne podejście i historie, które jeden uważa za bezwartościowe, ktoś inny potraktuje jako coś ciekawego. Nie inaczej jest w tym przypadku – jak dla mnie większość z nich to tandeta, ale jak najbardziej należało ją zaprezentować polskim czytelnikom, nie tylko z kronikarskiego obowiązku, ale dla pełnego oglądu sytuacji. I bardzo się cieszę, że najpierw DC Comics w swojej pełnej edycji „Knightfall”, a teraz Egmont to zrobiły.

Zeszyty pisane przez Douga Moencha to trudna lektura. Wręcz moenchąca. Absurdalne pomysły, idiotyczne postaci Metalheada czy Headhuntera pokazują, że amerykański scenarzysta był średniakiem, którego lata dziewięćdziesiąte zaskoczyły. W czasach, gdy na amerykańskim rynku królował Image ze swoimi nader efekciarskimi plastycznie podróbkami bohaterów Marvela (może poza Spawnem), Moench sprawiał wrażenie, jakby utknął w latach siedemdziesiątych. Sztampowe fabuły, w dodatku napisane bez polotu, pełne beznadziejnych dialogów już w 1995 r. wydawały się mocno nie na czasie – po latach jest już tylko gorzej.

Niestety, Moenchowi wtóruje Jim Aparo – legenda lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, dla której „Knightfall” okazał się łabędzim śpiewem, jego ostatnią dłuższą współpracą z DC Comics. Wiek zrobił swoje, dłoń już nie ta i rysowane przez niego komiksy pełne są rozmaitych kiksów graficznych – a to przedziwnej anatomii postaci, karykaturalnych twarzy ciętych z metra, kuriozalnych scen potyczek z „wybuchami” przykrywającymi korpusy uderzanych pięścią bohaterów i nierzadko irytującego „wcinania” kadrów w kadr na planszy. Mam wrażenie, że Dennis O’Neil – w większości przypadków – bardzo lojalny wobec swoich podwładnych – wiedział, że powierzając Jimowi Aparo pracę nad serią „Batman” (i planowanym w jej ramach „Upadkiem Rycerza”), daje mu możliwość odejścia w glorii (ikoniczna scena łamania kręgosłupa) i z dodatkowym zarobkiem (praca przy 500. zeszycie serii „Batman” to finansowy bonus). Zamysł jak najbardziej chwalebny, zdecydowanie gorzej wyszło wykonanie.

Nieco lepiej w prowadzonej przez siebie serii wypadł Chuck Dixon, choć jak na tego scenarzystę to i tak niziny jego talentu. Znana polskim czytelnikom historia z nastoletnim przeciwnikiem Generałem razi infantylnością i pozostaje w pamięci jedynie za sprawą bardzo dobrych okładek Sama Kietha. Ciekawiej jest w „Echo” i „Deciphered”, gdzie intryga zahacza o inny aspekt życia Bruce’a Wayne’a, czyli szefowanie Wayne Enterprises. Od razu widać, że Cypher – średnio ciekawy czarny charakter wymyślony przez Dixona na potrzeby tej opowieści i tak na głowę bije fabularne potworki Moencha. I przede wszystkim Dixon – chyba jako jedyny w tamtych czasach – wiedział, jak pisać dobre, naturalnie brzmiące dialogi, przecierając drogę takim scenarzystom jak Bendis (w jego świetlanych początkach). Ciężkie, toporne rysunki Michaela Netzera pominę milczeniem.

Materiał „Prologu” uzupełnia opowieść „Vows” opublikowana jako Annual z 1992 r. do serii „Legends of the Dark Knight”, będąca niejako sequelem historii „Batman: Rok pierwszy” Millera i Mazzucchelliego. Powraca w niej stary przeciwnik Gordona, skorumpowany gliniarz Arnold Flass, który porywa syna Jamesa Gordona i próbuje pokrzyżować mu plany ślubu z Sarą Essen. Nie powinno Was dziwić, że oczywiście Batman jako Zakapturzony Krzyżowiec udaremni plany Flassa. Napisana przez O’Neila i narysowana przez Michaela Netzera i Luke’a McDonnella historia jest przyjemna w odbiorze, ale w pamięci pozostaje zaledwie jako średniak.

Ogólnie tematem przewodnim tych wszystkich opowieści jest postępujące wyczerpanie Bruce’a Wayne’a. Facet po latach podwójnego życia zaczyna się sypać psychicznie, co przekłada się na spadek formy fizycznej. Trochę to chwyt w klimacie deus ex machina – oto nagle po latach działalności Mroczny Rycerz zaczyna niedomagać. Trzeba było to jednak jakoś wytłumaczyć, bo dlaczego akurat ten nowy latino lover miał nagle okazać się tak niebezpieczny i niebawem złamać Batmanowi kręgosłup? Faktem jest, że pogorszenie kondycji Bruce’a nie następuje z zeszytu na zeszyt, tylko jest ładnie rozplanowane w czasie i w sumie stanowi dosyć ciekawy motyw fabularny, nadający przygodom obrońcy Gotham jakiś pozór realizmu. Szkoda jedynie, że historie Moencha i Dixona są miałkie, a kreacje nowych czarnych charakterów to kompletne fiasko. W pamięci za to pozostają okładki w wykonaniu Travisa Charesta (Azrael i Robin – „Batman” nr 488 i Batman vs Riddler – „Batman” nr 490), może i nieco absurdalne, ale budzące nostalgię (przynajmniej u piszącego te słowa – heh).

Temat wspierający w zeszytach to przygotowywanie Jean-Paula Valleya do przejęcia roli Batmana. Chyba każdy znawca komiksów o Batmanie do dziś zadawałby sobie pytanie: dlaczego powierzać pelerynę Nietoperza w ręce zabójcy, którego zna się od paru miesięcy, zamiast przygotowywanego do tego do lat wychowanka, czyli Dicka Graysona? Zadawałby, gdyby nie był frajerem i nie znał odpowiedzi: lata dziewięćdziesiąte/średnie wyniki sprzedaży/ofensywa Image Comics/nowy typ bohatera – walczący o sprawiedliwość, ale nie zawsze czysto. Grayson był za „miętki”. Ot, i wszystko w tym temacie.

CZY WARTO?

To pytanie, na które każdy będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. „Knightfall” w całości jest historią mocno nierówną, pełną absurdalnych rozwiązań fabularnych i wszystkich wad croosoverów i komiksów z lat dziewięćdziesiątych. To nie jest opowieść wybitna, którą można by zrównać z „Powrotem Mrocznego Rycerza”, „Zabójczym żartem”, „Mrocznym Rycerzem mrocznego miasta” czy pierwszymi latami współpracy duetu Alan Grant/Norm Breyfogle (z małym dodatkiem Johna Wagnera), a nawet „Trybunałem Sów”. Raczej nie jest to komiks, który znajdzie wielu fanów wśród czytelników średnio przepadających za Batmanem.

Niewątpliwie jednak jest „Knightfall” opowieścią przełomową. Pierwszą tak długą w historii postaci i porównywalną w znaczeniu ze „Śmiercią Supermana” i „Rządami Supermanów”. Wszystko w podobnym klimacie, co pojawiło się później miało szlak przetarty właśnie przez „Upadek Rycerza”. Nie byłoby dużo lepszego i dużo dłuższego crossovera „Batman: No Man’s Land”, gdyby nie ta saga z lat 1992-1994 (nie wliczam tu „Prodigal” i „Troiki”, które moim zdaniem są „na doklejkę”).

„Prolog” jest właśnie taką próbką „Upadku Rycerza”. To, co w nim świetne, czyli „Miecz Azraela” i „Venom” bilansują inne dużo słabsze historie. W zestawieniu całej kolekcji wypadnie też na pewno gorzej niż właściwa część „Knightfall”, czyli dziewiętnastozeszytowa historia, którą Egmont wyda w drugim tomie.

Duży „szacun” – jak mówią na dzielni – dla wydawcy, a przede wszystkim redaktorów tej kolekcji, czyli Tomka Sidorkiewicza (tłumaczenie) i Anety Bożedajek. Widać znajomość tematu, własną inwencję i chyba coś na kształt nostalgii – stąd i pomysł na pokazanie polskiemu czytelnikowi edycji rozbudowanej nawet w stosunku do amerykańskiego oryginału. W USA „Knightfall” doczekał się pełnej edycji dopiero w omnibusach prawie 25 lat od premiery. Nasi zrobili to szybciej.

Całość uzupełniają ciekawy wstęp Tomka Sidorkiewicza i Wojciecha Nelca przedstawiający okoliczności powstania „Upadku”, a także skąpe dodatki w postaci szkiców Bane’a i Azraela.

TERAZ TROSZKĘ DZIEGCIU

Po pierwsze – twarda oprawa. Jak wiele wydawanych w Polsce komiksów „Upadek Rycerza” nie zasługuje na hardcover. To nie jest historia tej rangi – ważna, ale w wykonaniu najwyżej dobra. Niestety, polscy wydawcy uwielbiają te twarde okładki. A można by przecież zrobić to jak Amerykanie w 2013 r. – miękka okładka i papier zwykły, żadna tam kreda czy offset, taki jak w TM-Semicach, żeby jeszcze ducha nostalgii zachować. Byłoby taniej (więc może sprzedaż byłaby większa) i zajęłoby mniej miejsca na półce. Win/win – chciałoby się napisać.

Po drugie – absurdalne tłumaczenie niektórych nazw własnych/tekstów zawartych w rysunkach (np. zagadka przesłana przez Riddlera). Czy naprawdę nie można umieścić tłumaczenia na dole strony? Czy polski dystrybutor filmu zamazuje oryginalne napisy/treści?

Jednak jest jak jest, i zapewne ci, którzy tyle lat czekali chyba marudzić – jak ja – nie będą.

Czasami marzy mi się „Ultimate Batman” z tymi wszystkimi klasycznymi historiami opowiedzianymi jeszcze raz na nowo, spójnie, pod dobrą, dbającą o szczegóły redakcją i niezłym scenarzystą, najlepiej w typie wczesnego Bendisa. To byłoby coś. I wtedy też myślę, jakie wrażenie robiłby tak wypichcony remake „Knightfalla”. Bo ta przełomowa, ale średnio wykonana historia, miała szanse być czymś więcej. Jak wyszło amerykańskim twórcom prawie trzydzieści lat temu – ponownie po latach lub po raz pierwszy – ocenicie sami. Prawda?

Autorem recenzji jest Łukasz Chmielewski. Więcej informacji o Łukaszu znajdziecie tutaj.

Tytuł: „Batman Knightfall” tom 1: „Prolog”

Scenariusz: Dennis O’Neil, Chuck Dixon, Doug Moench

Rysunki: Joe Quesada, Trevor von Eeden, Russel Braun, Graham Nolan, Jim Aparo, Tom Grindberg, Tom Mandrake, Michael Netzer, Eduardo Barreto, Luke McDonnell, Trevor Scott, Kevin Nowlan, Scott Hanna, Jose Luis Garcia-Lopez

Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach: „Batman: The Sword Of Azrael” #1–4, „Batman Legends of the Dark Knight” #16–20, „Batman: Vengeance of Bane” #1, „Batman” #484–491, „Legends of The Dark Knight Annual” #2, „Detective Comics” #654–658

  • Format: 170×260 mm
  • Liczba stron: 684
  • Oprawa: twarda
  • Druk: kolor
  • Papier: kreda
  • ISBN-13: 9788328150744
  • Data wydania: 27 kwiecień 2022 r.
  • Cena: 199,99 zł

Numer katalogowy: 515772

Wydawnictwo: Story House Egmont Sp. z o.o.


[1] O’Neil zawsze podkreślał, że postać Azraela wykiełkowała z pomysłu Milligana, a sam Milligan z kolei potwierdził, że DC Comics było bardzo szczodre uwzględniając jego udział w powstaniu postaci

[2] polscy czytelnicy otrzymali ją w ramach serii „Wydanie specjalne” nr 1/1994

[3] po latach Moench wymieniany jest jako współtwórca postaci

[4] polscy czytelnicy otrzymali ją w ramach serii „Batman” – nr 2/95

[5] polscy czytelnicy otrzymali ją w ramach serii „Wydanie specjalne” nr 4/1994

[6] w tym miejscu trochę prywaty – swego czasu napisałem do Magazynu Komiksowego KZ treatment idealnego wg mnie filmowego projektu o Mrocznym Rycerzu (trzy filmy i dwa seriale pomiędzy jedynką i dwójką oraz dwójką i trójką). Fabuła pierwszego z filmów bazowałaby częściowo właśnie na historii „Venom”

[Suma głosów: 2, Średnia: 4.5]

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *