Billion Dollar Batman

Celuloidowy Rycerz

BM Cover.Final.V3

Dziś trudno już nam wyobrazić sobie historię kina bez obecności kolejnych filmowych inkarnacji postaci Batmana. Człowiek-Nietoperz stał się jedną z bezdyskusyjnych ikon kina popularnego, której kolejne filmowe przygody przyciągają uwagę widowni na całym świecie. Jednocześnie jednak, przy całej sławie ekranowego herosa, trudno polemizować z tezą, iż gusta i wiedza większej części filmowej widowni rozpościerają się pomiędzy dwoma, najsłynniejszymi chyba celuloidowymi realizacjami historii Batmana – adaptacjami dokonanymi przez Tima Burtona oraz Christophera Nolana. Pomiędzy zwolennikami obu wersji toczą się nieustanne spory mające wskazać wyższość gotyckiego, przerysowanego i bardzo „komiksowego” Gotham City w wersji twórcy „Edwarda Nożycorękiego” lub posuniętego do granic możliwości eksperymentu Nolana, który polegał na nadaniu całej opowieści charakteru realistycznego filmu sensacyjnego. Jakkolwiek nie ulega wątpliwości, iż obie wskazane wyżej filmowe wcielenia Batmana uchodzić mogą za najbardziej rozpoznawalne oraz jakościowe najlepsze, to jednak należy pamiętać, iż nie istnieją one w całkowitej próżni, a trudniej dziś kojarzeni poprzednicy Burtona i Nolana również odcisnęli swe piętno na mitologii Mrocznego Rycerza. Próbą przywrócenia owych zapomnianych ekranizacji do łask współczesnego widza jest imponujące dzieło Bruce’a Scivally’ego, pt. „Billion Dollar Batman. A history of the Caped Crusader on film, radio and television from 10 cents comic book to global icon” – szczegółowa i wielowymiarowa kronika obecności Batmana w pozakomiksowych mediach.

Film krąży w żyłach komiksowego Batmana. Wniosek taki można wyprowadzić, jeśli spojrzy się na zestaw inspiracji, które Bob Kane wielokrotnie wskazywał, jako podwaliny dla jego wizji Mściciela z Gotham City. Obok latających maszyn Leonarda da Vinci najistotniejszymi, i jednocześnie najłatwiej zauważalnymi, zapożyczeniami obecnymi w postaci Batmana są dwa stricte filmowe źródła – postać Zorro oraz niemal kompletnie już dziś zapomniany film kryminalny z elementami horroru, pt. „The Bat” Rolanda Westa z 1926r. Kluczowość postaci Zorro dla mitu Batmana jest bezdyskusyjna – niemal w każdej proponowanej przez komiksowych scenarzystów wersji genezy Człowieka-Nietoperza powtarza się ten sam topos z udziałem tajemniczego wojownika ze szpadą w ręku. Oto młody chłopiec opuszcza kinowy seans „Znaku Zorro” wraz z rodzicami, aby niedługo potem paść ofiarą brutalnego rabunku. Scenę tę znamy z wizji wielu znamienitych twórców komiksów z udziałem Batmana – od „Powrotu Mrocznego Rycerza” Franka Millera po „Batman – Halloween Special” Jepha Loeba i Tima Sale’a. Warto przy tym zaznaczyć, iż rola samego filmu w komiksowej narracji jest prezentowana przez poszczególnych twórców na wiele odmiennych sposobów – od prostego pretekstu dla ikonicznej sceny zabójstwa Wayne’ów po kluczowy z punktu widzenia psychiki samego Batmana epizod z jego dzieciństwa. Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w komiksie Loeba i Sale’a, w której feralny wieczór małego Bruce’a rozpoczyna się od tego, że to sam malec namawia swych rodziców na wyjście do kina. „I ten film… nie mogłaś znaleźć czegoś bardziej… wyszukanego?” – skarży się Thomas Wayne. „Przyznam się, że sama z chęcią obejrzę „Znak Zorro”” – odpowiada jego małżonka. Po tej krótkiej wymianie zdań następuje sekwencja kluczowa dla całej dalszej mitologii Batmana. „Założysz je dzisiaj mamo?” – pyta młody Bruce wskazując na perły. „Kochanie, idziemy do kina. Perły są na specjalną okazję” – odpowiada Martha Wayne. „A kino nią nie jest?” – ciągnie dalej Bruce. To kluczowy fragment genezy Batmana w wydaniu twórców „Długiego Halloween”, który stawia kinowy seans w samym centrum mitu Człowieka-Nietoperza. Jest to zresztą zamysł jak najbardziej zgodny z historycznymi uwarunkowaniami narodzin tej postaci. Jak już zostało wspomniane, to właśnie „Znak Zorro” – film z udziałem legendarnego aktora Douglasa Fairbanksa z 1920r. w reżyserii Theodore’a Reeda i Freda Niblo – stanowił jeden z najważniejszych impulsów dla młodego Boba Kane’a do stworzenia własnej wersji Diego Vegi, przystojnego i majętnego mężczyzny, który wieczorami wypowiada wojnę złoczyńcom, przywdziewając łatwo wtapiający się w mrok nocy kostium. Na marginesie warto tutaj dodać, iż nawet niezwykle popularny serial „Batman: The Animated Series”, choć pozbawiony możliwości wykorzystania postaci Zorro, pozostał wierny owej filmowości zawartej w podwalinach postaci Batmana, zamieniając bohaterskiego Don Diego na innego kinowego herosa o kryptonimie Szary Duch, z którym Bruce Wayne ma szansę spotkać się w jednym z odcinków serialu animowanego.

tumblr_kwrmc81Esm1qatctmo1_500

Drugim z istotnych filmowych impulsów, który wpłynął na końcowy projekt postaci Batmana jest film „The Bat”, w którym potencjalnych powiązań z późniejszym herosem autorstwa Kane’a i Billa Fingera kryje się co nie miara. Najbardziej widoczną inspiracją jest tu sam kostium tytułowego Nietoperza-Włamywacza. Nosi on charakterystyczną maskę w kształcie głowy nietoperza, czarną długą szatę imitujące nietoperze skrzydła, a na miejscach swych zbrodni pozostawia swoistą wizytówkę w postaci logo nietoperza. Nie wymaga również specjalnego wysiłku dopatrzenie się w mrocznym, onirycznym i bardzo ekspresjonistycznym stylu filmu Westa kolejnego elementu, który później zostanie zaadaptowany na potrzeby legendarnego, 27 numeru pisma „Detective Comics”. Ilość filmowych inspiracji obecnych na kartach komiksowego Batmana nie kończy się oczywiście na dwóch powyższych tytułach – kluczowe postacie złoczyńców, Jokera oraz Two-Face’a, również zawdzięczają wiele swym filmowym poprzednikom. Zabójczy klaun stanowi bowiem dalekie odbicie upiornej postaci okrutnie okaleczonego błazna z niemego filmu Paula Leni, będącego adaptacją prozy Wiktora Hugo, pt. „The Man Who Laughs” z zachwycającą rolą legendarnego niemieckiego aktora Conrada Veidta. Z kolei pomysł na dwulicowego Harvey’a Denta Bill Finger miał zaczerpnąć z plakatu do filmowej wersji „Dra Jekylla i Mr. Hyde’a” z 1941r. z udziałem Spencera Tracy’ego oraz Ingrid Bergman, na którym twarz filmowego bohatera zaprezentowana jest jako podzielona dwie połówki – tę ludzką i tę demoniczną. Spoglądając zatem na ilość jakże istotnych zapożyczeń filmowych obecnych w postaci Batmana – zarówno charakterologicznych (powiązanych z postacią Zorro), jak i scenograficznych czy też szerzej estetycznych (niemal bezpośrednio zaczerpniętych z filmu „The Bat” i innych) – nie może dziwić, iż Batman tak szybko zwrócił na siebie uwagę filmowego świata. Należy jednak wspomnieć od razu, iż pierwsze efekty owego mariażu komiksowo-filmowego pozostawiały oczywiście wiele do życzenia.

Za pierwszą kinową inkarnację Człowieka-Nietoperza uchodzi serial kinowy z 1943r., zrealizowany w wytwórni Columbia Pictures. Ten 15-odcinkowy serial trudno jednak uznać za wierną adaptację komiksu Boba Kane’a i Billa Fingera. Tytułowy bohater jest tu ukazany, jako tajny agent działający na zlecenie rządu amerykańskiego, który – najwidoczniej – zna prawdziwą tożsamość Batmana! Sam serial z kolei nosi widocznie znamiona opowieści propagandowej. Głównym przeciwnikiem Człowieka-Nietoperza nie jest bowiem któryś z jego komiksowych przeciwników, lecz tajemniczy dr Daka – japoński agent, który działa potajemnie na terytorium USA. Dla dzisiejszego widza ów zauważalny, rasistowski ton połączony ze śmiesznymi jak na warunki dzisiejszych produkcji choreografiami walk, przestarzałymi efektami specjalnymi (unoszące się na linkach nietoperze w jaskini Batmana) czy wreszcie wspomnianymi dość dalekimi odstępstwami od oryginału może stanowić zbyt dużą zaporę estetyczną przed docenieniem serialu w reżyserii Lamberta Hillyera. Okazuje się jednak, iż miał on swoją znaczącą rolę w rozwijaniu mitologii głównego bohatera – jak czytamy na łamach „Billion Dollar Batman”, to właśnie dzięki pierwszej ekranizacji przygód Batmana na łamach komiksów pojawiła się ikoniczna tajna baza bohatera – batjaskinia – a postać Alfreda została znacznie rozwinięta w stosunku do jej wcześniejszej roli w uniwersum Nietoperza.

batmen-coll

Na swoją kolejną wersję kinową Mroczny Rycerz musiał czekać do roku 1949, po drodze trafiając jako postać gościnna do radiowego show z udziałem Supermana. Jak odnotowuje jednak Scivally, Batman bardzo szybko stał się postacią dorównującą pod kątem popularności Człowiekowi ze Stali i zaczął odgrywać coraz ważniejszą rolę w audycji Kryptończyka. Warto podkreślić, że to właśnie w tej pozakomiksowej inkarnacji Batmana znacznie rozwinięta została wzajemna relacja Bruce’a Wayne’a i Dicka Graysona, którą scenarzyści starali się ukazać, jako stosunek ojca do syna. I znów, dziś powszechnie wykorzystywany przez scenarzystów komiksowych wątek okazuje się mieć swoje korzenie w zupełnie innym medium. Na temat kolejnego serialu kinowego z udziałem Batmana z roku 1949 warto powiedzieć jedynie, iż ponownie wprowadził on do całego uniwersum postacie niezwykle istotne, bez których nie wyobrażamy już sobie fabuły z udziałem Człowieka-Nietoperza. To tu właśnie debiutuje komisarz Gordon oraz Vicky Vale – odgrywani kolejno przez Lyle’a Talbota i Jane Adams. Ponownie jednak miłośnicy niezwykle charakterystycznych złoczyńców znanych z komiksowego oryginału będą zawiedzeni – przeciwnikiem Batmana i Robina (Robert Lowery i Johnny Duncan) okazuje się niejaki Czarodziej, który posługując się swym tajemniczym wynalazkiem potrafi kontrolować urządzenia mechaniczne. Nie należy jednak tym samym skazywać obu pierwszych ekranowych wersji Batmana na zapomnienie – oglądane z dzisiejszej perspektywy rażą one oczywiście poziomem technicznym oraz fabularną naiwnością, lecz stanowią przy tym żywy dokument komiksowej i filmowej wrażliwości połowy XX wieku. Bez trudu można czerpać z nich przyjemność, jeśli tylko dostrzeże się w obu serialach tytaniczne, jak na owe czasy, próby uchwycenia specyfiki oryginalnych historii przy ograniczonych możliwościach realizacyjnych.

Prawdziwa bomba zwana Batmanią wybucha jednak dopiero w 1966 roku za sprawą legendarnego serialu telewizji ABC, pt. „Batman” z udziałem legendarnej pary aktorów – Adama Westa i Burta Warda. Każdy szanujący się fan Nietoperza i popkultury musi znać tę serię – stanowi ona przykład najdzikszej i najbardziej widowiskowej jednocześnie wizji, jaką mogło zrodzić medium telewizyjne. Scivally, zaglądając za kulisy produkcji i przytaczając słowa twórców „Batmana”, odkrywa zresztą fakty zaskakujące i nadające całemu przedsięwzięciu zupełnie nowy sens. Niezwykle wymowne w kontekście oceny Batmana z lat 60. są przytoczone w książce wypowiedzi producenta serialu – Williama Doziera – który bez skrępowania przyznaje, iż jego celem było przede wszystkim stworzenie produktu zapewniającego rozrywkę i zyski z towarów pokrewnych. Na podobną szczerość trudno natrafić u współczesnych specjalistów od filmowych produkcji, nazbyt często zasłaniających się swoiście pojmowaną „artystycznością”. Tymczasem Dozier stwierdza wprost, iż nigdy nie postrzegał on telewizji, jako medium mającego jakiekolwiek pretensje intelektualne i stąd jego pomysł na ekranizację Batmana oparty był przede wszystkim na podejściu komediowym, kampowym i świadomie przerysowanym. Patrząc z takiej perspektywy trudno dalej trwać w świętym oburzeniu na tańczącego swój bat-taniec Adama Westa. Rehabilitacja Batmana z epoki telewizji ABC jest tym bardziej konieczna, iż punktem wyjścia dla scenarzysty serii – Lorenzo Semple, Jr. – był dostępny ówcześnie materiał komiksowy, a ten, o czym boleśnie przypominają sobie miłośnicy Mrocznego Rycerza, z powodu restrykcji Kodeksu Komiksowego pełen był fabuł o podróży Batmana na Marsa, przygarnięciu przez niego wszelakich zwierzęcych pomocników (na czele z Bat-małpą) czy ściganiu przestępców w różowym uniformie. Podobnie kiczowaty styl ma telewizyjny Batman, z tym że nie rości on sobie żadnych pretensji do bycia czymś więcej, niż kolorowym pastiszem, a ocenianie go przez pryzmat ponurego psychologizmu Christophera Nolana przypomina wyśmiewanie filmów Meliésa za brak efektów komputerowych. Z samego faktu bycia serią do której nieustannie powraca się i nawiązuje w dzisiejszej popkulturze oraz zapoczątkowania największej fali Batmanii w dziejach tego bohatera, wspólne wyczyny Westa i Warda to tekst jak najbardziej kanoniczny w dziejach marki, pełen cudownie groteskowych złoczyńców zagranych przez znamienitych aktorów oraz zwariowanych fabuł, które w dosłowny sposób oddają komiksową schematyczność.

ps-vita-wallpapers-batman-trilogy-logo

Reszta, chciałoby się powiedzieć, jest już historią. Rok 1989 to data przełomowa nie tylko dla samego Batmana, ale i kina komiksowego w ogóle. Tim Burton stworzył być może najważniejszą adaptację komiksu w dziejach, pokazując, że można pogodzić poważny, gotycki klimat z kolorową feerią rodem z Batmana A.D. 1966. I choć, jak już zostało to wspomniane we wstępie, miłośnicy Nietoperza częściej stawiają dziś na pierwszym miejscu wśród ekranizacji Batmana wersję Nolana, to jednak nie należy zapominać, iż film Burtona – oraz jego, w mojej opinii, niesłusznie uważana za gorszą kontynuacja z 1992r. – to źródło wszystkich późniejszych przemian w filmowym komiksie. Niestety, jeszcze gorzej historia filmu obeszła się z osobą Joela Schumachera – twórcą niesławnego „Batmana Forever” oraz jeszcze bardziej niesławnego „Batmana i Robina”. Oba te filmy znalazły się na marginesie kultury popularnej, funkcjonując trochę jak niedorzeczna odmiana kasety wideo z filmu „Ring” – ktokolwiek ośmieli się sięgnąć po te filmy zginie w męczarniach zażenowania. Tymczasem obie produkcje Schumachera to unikalne w swym wyjściowym zamyśle projekty – stanowią one bowiem próbę dalszego eksplorowania możliwego połączenia pomiędzy kampową zabawą a depresyjną powagą. Że są to eksperymenty nie do końca udane można się zgodzić, aczkolwiek „Batman Forever” to w mojej ocenie film idący najdalej w próbie dosłownego oddania charakteru komiksowego Batmana – z jego przerysowanymi złoczyńcami i rozdętym psychologizmem – który uzupełniony o sceny ostatecznie wycięte w postprodukcji (jak chociażby spotkanie Wayne’a z gigantycznym nietoperzem) zyskałby o wiele więcej jakości. Nigdy jednak nie przekonamy się, jak wyglądałby filmowy komiks, gdyby dalej podążał on drogą Burtona i Schumachera – koniec XX wieku to świt komiksowego realizmu w kinie i zwrotu w stronę nowej formy adaptacji opowieści o superherosach, której symbolem pozostanie już na zawsze trylogia Nolana.

Powyższy szkic to niewielka jedynie rekonstrukcja przebogatego materiału, jaki odnaleźć można w książce „Billion Dollar Batman”. To dzieło doprawdy imponujące swym rozmachem – zarówno w kwestii faktograficznej, jak i niezwykłej precyzji języka, za pomocą którego Scivally rekonstruuje historię ikony popkultury XX wieku. Choć należy uprzedzić od razu, że nie jest to lektura łatwa – przepastna ilość odniesień, danych na temat poszczególnych aktorów i twórców czy kontekstów, w jakich należy rozpatrywać kolejne produkcje sprawia, że nie raz może zakręcić się czytelnikowi w głowie od nadmiaru informacji. Ostateczny efekt jest jednak bardziej, niż satysfakcjonujący – zamykając książkę ma się wrażenie, jakby wszystkie tajniki filmowego świata Batmana stanęły przed nami otworem, a to chyba zasadniczy cel tego typu publikacji. Pozostaje mi jedynie poczynić dwie uwagi krytyczne względem, co podkreślę raz jeszcze, bliskiego doskonałości opracowania Bruce’a Scivally’ego. Po pierwsze, zawsze w tego typu „fabularyzowanych encyklopediach” brakuje mi trochę głosu samego autora, jego własnych przemyśleń i ocen, co jednak – jak rozumiem – mogłoby zaburzać strukturę książki, pomyślanej jednak jako praca kronikarska. Po drugie, i jest to mniej uwaga a bardziej osobista nadzieja, brakuje mi tutaj mimo wszystko wzmianek o animowanych podejściach do postaci Batmana, co jednakże – jak zauważa sam autor we wstępie – prawdopodobnie dwukrotnie powiększyłoby objętość książki. Po cichu liczę jednak, iż doczekamy się kiedyś „Billion Dollar Batman 2” napisanej ponownie ręką Scivally’ego, który udowodnił ponad wszelką wątpliwość, iż zasługuje na miano Pierwszego Kronikarza filmowych dziejów Mrocznego Rycerza.

11031033_1008715925805163_4320760948013300709_n

Autorem tekstu jest dr Tomasz Żaglewski – kulturoznawca, adiunkt w Zakładzie Badań nad Kulturą Filmową i Audiowizualną UAM. Obecnie pracuje nad książką dotyczącą współczesnych filmowych adaptacji komiksu.

Serdeczne podziękowania dla Henry Gray Publishing oraz Bruce’a Scivally’ego za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Billion Dollar Batman. A history of the Caped Crusader on film, radio and television from 10 cents comic book to global icon

Autor: Bruce Scivally

Wydawca: Henry Gray Publishing

Data wydania: 29 listopada 2011

Objętość: 446 stron

[Suma głosów: 0, Średnia: 0]

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *