DC UNIVERSE BY MIKE MIGNOLA

Kiedy w 1987 roku Mike Mignola przychodził do DC Comics, był młodym rysownikiem z kilkuletnim, niezbyt imponującym stażem w Marvelu. Co ciekawe, nie wyróżniał się wówczas jakimś szczególnym autorskim sznytem i pewnie mało kto się spodziewał, że siedem lat później stworzy jeden z największym komiksowych przebojów wszechczasów, a jego styl graficzny stanie się rozpoznawalny na pierwszy rzut oka i stanowić będzie źródło inspiracji dla wielu autorów. „DC Universe by Mike Mignola” zbiera prace rysownika właśnie z tamtego okresu, kiedy trudno było jeszcze w jego dziełach zobaczyć przyszłego ojca Hellboya.

Pierwszą połowę publikacją zajmują dwie czteroczęściowe miniserie z 1987 roku. Pierwsza, będąca debiutem Mignoli w barwach DC, to „Phantom Stranger”. Tytułowy bohater jest raczej mało znaną w naszym kraju postacią (choć pojawia się na łamach np. „Swamp Thing” Alana Moore’a), zresztą nigdy nie był w uniwersum DC gwiazdą pierwszej wielkości. Aczkolwiek akurat w latach 80. XX wieku miał pod względem popularności swój bodaj najlepszy czas, stąd decyzja wydawnictwa o realizacji jemu poświęconej miniserii.

Na początku opowieści Phantom Stranger (specjalista od zjawisk nadprzyrodzonych, magii i okultyzmu) traci swoje moce i dzieje się to w fatalnym momencie, gdyż musi właśnie powstrzymać Eclipso, planującego na różne sposoby doprowadzić do końca naszego świata. Jedynym sprzymierzeńcem protagonisty jest Bruce Gordon (tak, tak, taki inside joke twórców). Mamy tutaj wątki polityczne (w komiksie pojawiają się nawet Ronald Reagan i Michaił Gorbaczow), zdobywającą ogromną popularność sektę religijną, mamy walki z demonami i podróże w obce wymiary. Wszystko jest jednak straszliwie przegadane, topornie napisane i nie sprawia w lekturze specjalnej przyjemności. Nieco lepiej prezentują się rysunki Mignoli, aczkolwiek zaprezentowany tutaj styl graficzny nie ma absolutnie nic wspólnego z jedyną w swoim rodzaju graficzną oprawą np. „Hellboya”. Tym bardziej że szkice Mignoli tuszowane są przez Philipa Craiga Russella i prawdę powiedziawszy, widzę w tym komiksie więcej jego charakterystycznej kreski niż Mignoli. Szkoda, tym bardziej że mamy tutaj wiele scen grozy z fantazyjnymi demonami czy potworami z innych wymiarów – zdawałoby się, że dla przyszłego ojca Hellboya materiał idealny.

Dużo lepiej pod każdym względem prezentuje się druga miniseria, zatytułowana „The World of Krypton”, w której John Byrne powraca na ojczystą planetę Supermana, aby opowiedzieć nam pełną historię jej zagłady. W legendarnej miniserii „Man of Steel” z 1986 roku (która ustanowiła kanony współczesnego ujęcia historii Nadczłowieka) sekwencja pokazująca rodziców Supermana, kulisy jego wysłania w kosmos i destrukcję Kryptona mieści się w ledwie 10 stronach. W miniserii opowieść ta została rozpisana przez Byrne’a na blisko sto stron z całym tłem historycznym i politycznym dziejów planety.

Cofamy się więc o tysiące lat, aby obcować z kulturą i obyczajowością mieszkańców Kryptona, ale przede wszystkim, by poznać przyczyny wielkiego konfliktu, który nieomal doprowadził do zagłady tamtejszej cywilizacji. Dowiadujemy się także, skąd wziął się radioaktywny kryptonit i co doprowadziło do ekologicznej katastrofy. Wreszcie poznajemy Jor-Ela, jego życie, okoliczności poznania Lary (matki Supermana), wreszcie odkrywamy, jak wpadł na pomysł, aby ocalić swojego potomka, wysyłając go na obcą planetę. Ostatnie plansze miniserii to już niemal dokładne powtórzenie pierwszych stron „Man of Steel” i zarazem przejmujące apogeum całej opowieści.

Sceny te to absolutna klasyka komiksu superbohaterskiego i materiał kultowy, także dla polskich czytelników, wychowanych na produkcjach nieodżałowanego wydawnictwa TM-Semic. Dla nich wszystkich „The World of Krypton” jest cennym uzupełnieniem serii, wprowadzającym nowe ciekawe elementy (jak na przykład kryptonijska zbroja wojenna, która później odegra w historii Supermana niebagatelną rolę), ale też komiksem udanie przywołującym klimat tamtych opowieści Byrne’a. Wydatnie do jakości tego komiksu cegiełkę dołożył także Mike Mignola; jego kreska jest tu bardziej staranna, kadry są pełne interesujących detali. Rysunki znów nie mają nic wspólnego ze stylistyką „Hellboya”, za to udanie nawiązują do stylu graficznego Johna Byrne’a z oryginalnej miniserii i w tym przypadku jest to zdecydowanie atut.

Kolejna część antologii to cztery komiksy poświęcone Supermanowi. Dwa pierwsze z 1988 roku (z „Action Comics #600” i „Superman #18”) łączą się w jubileuszową opowieść o tym, jak zatruty kryptonitem Superman w poszukiwaniu ratunku wyrusza w kosmos, aby odkryć wraz z Hawkmanem i Hawkgirl, że Krypton… znów istnieje. Komiks prezentuje ciekawą opowieść alternatywną, pokazującą co by było, gdyby Jor-El postanowił wysłać na Ziemię nie swojego syna, lecz samego siebie na czele grupy Kryptonijczyków. Jak się okaże, skutki dla naszej planety nie byłyby zbyt pozytywne… Całość (ponownie autorstwa Johna Byrne’a) znów dość ciekawie koresponduje z historią Kryptona, którą poznaliśmy we wcześniejszych opowieściach. W porównaniu do „The World of Krypton” rysunki Mignoli pociągnięte zostały większą ilością tuszu, przez co wydają się nieco cięższe, mroczniejsze i mniej finezyjne. Poza tym jednak nie wyróżniają się jakoś specjalnie na tle ówczesnych produkcji DC.

Kolejny komiks z 1988 roku („Superman #23”, scenariusz Roger Stern) eksploruje postać Silver Banshee, wymyśloną przez Johna Byrne’a kilka miesięcy wcześniej. Superman udaje się do zamku na granicy Szkocji i Irlandii, będącego siedzibą klanu McDougal. Tam mierzy się z magicznymi siłami, poznaje tragiczną przeszłość Banshee, a przy okazji ratuje z opresji Lois Lane i Jimmy’ego Olsena. Komiks ma sporo akcji, a jego lokację stanowią katakumby zamku, więc Mignola może tutaj się wykazać klimatyczną scenografią i dynamicznymi scenami.

Następny komiks w antologii to kolejny (i nie ostatni) sentymentalny powrót do przeszłości dla fanów TM-Semic. Materiał z „Action Comics Annual #2” (1989 rok) został bowiem opublikowany przez to wydawnictwo w szóstym zeszycie „Supermana” z 1991 roku, jako „Wspomnienia z przeszłości Kryptona”. Mamy tu aż trzy drużyny autorskie tworzące poszczególne części tej historii; Mignola jest w jednej z nich i trudno coś specjalnego o jego pracy powiedzieć. Niemniej warto zaznaczyć, że komiks był polskim debiutem tego twórcy i to opublikowanym na dziesięć lat przed tym, jak Egmont zdecydował się wydawać „Hellboya” w naszym kraju.

Sam komiks warto przeczytać z uwagi na fakt, iż semicowe wydanie prezentuje go w drastycznie okrojonej wersji. Redakcja TM-Semic słynęła z radykalnych cięć oryginalnego materiału, żeby jakoś pasował do wydawniczego formatu, jednak w tym przypadku pobito wszelkie rekordy: chęć upchnięcia całej opowieści w jednym numerze spowodował, iż z oryginalnego komiksu wyleciała blisko połowa plansz. Antologia daje możliwość przeczytania go we właściwej wersji, zawierającej więcej wątków z historii Kryptona.

„Shaggy God Stories” („Swamp Thing Annual #5 z 1989 roku) to krótki komiks ze świata Swamp Thinga. Jego bohaterem jest Jason Woodrue (antagonista Bagiennego Potwora noszący pseudonim Floro), który postradał zmysły i poszukuje Swamp Thinga, licząc na jego pomoc. Autorem scenariusza jest nie byle kto, bo sam Neil Gaiman, jednak tym razem to rysunki zwracają uwagę. Ponieważ opowieść dzieje się gdzieś w głębi gęstego lasu, Mignola może się popisać aranżacją efektownej scenografii, projektami różnorodnych form botanicznych, wreszcie wymyślić nieco bardziej nietypową kompozycję plansz. Komiks z pewnością wyróżnia się pod tymi względami.

Ostatnia część antologii to trzy komiksy poświęcone Batmanowi. Na początek prawdziwa perła i najmocniejszy punkt publikacji – historia „Sanctum”, którą polscy czytelnicy zachwycili się za sprawą TM-Semic już 25 lat temu. W tej mrocznej, onirycznej opowieści Nietoperz w pościgu za szalonym mordercą trafia na stary miejski cmentarz. Tutaj ciężko ranny zapada w malignę, w której mierzy się z mrocznym bytem wykraczającym poza granice czasu, a przy tym odkrywa okultystyczną zbrodnię sprzed stu lat… Historia intryguje, ale tym, co czyni ten komiks wyjątkowym, są właśnie rysunki Mignoli. „Sanctum” zdaje się napisane specjalnie dla niego, aby uwypuklić wszystkie jego mocne strony: fantastyczne operowanie czernią, interesująca kompozycja planszy, oddane z pietyzmem elementy scenografii czy wreszcie charakterystyczne zbliżenia na detale rzeźb, mebli, symboli, budujących mroczny, gotycki klimat. A wszystko narysowane w pełni ukształtowanym już hellboyowym stylem graficznym, za który Mignolę pokochały miliony.

„The Gasworks” to opowieść z cyklu „Batman Black & White” (z łamów „Batman: Gotham Knights #36” z 2002 roku), o tyle nietypowa tutaj, że Mignola jest tylko scenarzystą. Współautorem historii i autorem rysunków jest Troy Nixey, a opowiada ona o zastawionej przez bandytów pułapce na Batmana: postanawiają oni otruć Nietoperza specyfikiem wywołującym silny strach. Niestety, bandyci nie przewidzieli, że dla Batmana zmaganie się ze strachem to codzienność, co kończy się dla nich tragicznie…

Antologię zamyka krótka historia „If a man be clay” z „Batman Villains: secret files and origins” (2005). Mignola wraz z Steve’em Purcellem przedstawiają tutaj retelling originu Matta Hagena, drugiego Clayface’a. Całość utrzymana jest mocno w klimacie oryginału z 1961 roku i prawdę powiedziawszy, nie widzę specjalnego sensu w opowiadaniu dokładnie tej samej historii raz jeszcze. Rysunkowo jest nieźle, ale to bardziej zasługa niezwykle misternego stylu tuszowania weterana Kevina Nowlana.

Album uzupełnia kolekcja blisko pięćdziesięciu okładek, które przez ćwierćwiecze współpracy z DC Mignola przygotował. Zdecydowanie stanowią one ozdobę publikacji, a znajdziemy tu wiele perełek i rzeczy kultowych jak np. covery do historii „Mroczny Rycerz Mrocznego Miasta”, „Batman: Śmierć w rodzinie” czy „Batman: Gotham w świetle lamp gazowych”. Miłośnicy TM-Semic też znajdą tu znajome klimaty, na przykład w postaci okładek do „Lobo: Nieamerykańscy gladiatorzy”, „Legends of the Dark Knight #62”, czy wyśmienitej ilustracji okładkowej „Detective Comics #583” wykorzystanej w polskim „Batmanie 6/1992”.

Do „DC Universe by Mike Mignola” mam trochę krytycznych uwag. Po pierwsze, wbrew pozorom to nie jest zbiór całego dorobku Mignoli dla DC, to nie jest nawet wybór najlepszych jego prac w barwach tego wydawnictwa. Wręcz przeciwnie, z wyjątkiem „The World of Krypton” i „Sanctum” brakuje tutaj wszystkiego, co najlepsze: nie ma „Cosmic Odyssey” (epickiej sagi do scenariusza Jima Starlina), nie ma „Zagłady Gotham” (mocno inspirowanego Lovecraftem elseworldu Batmana) i oczywiście „Batmana: Gotham w świetle lamp gazowych” (klasycznego elseworldu, łączącego XIX-wieczną scenografię z opowieścią o Mrocznym Rycerzu). Rozumiem, że wmontowanie dwustustronicowej „Cosmic Odyssey” byłoby tu kłopotliwe, ale już dodanie podobnej objętości, aby zaprezentować oba batmanowe elseworldy, nie wydaje mi się problemem, a album znacznie by na tym zyskał i na półce prezentowałby się jeszcze efektowniej. Można też było pójść w drugą stronę, wyrzucić z tej antologii większość materiału i dodać powyższe tytuły. Bo tak po prawdzie „The World of Krypton” i „Sanctum” to świetne komiksy, ale reszty nie ma po co czytać.

Drugim mankamentem jest jakość niektórych plansz. Podczas lektury natrafimy na około dziesięć stron, które są wyraźnie gorszej jakości. Oczywiście rozumiem, że prawdopodobnie nie zachowały się oryginalne plansze i trzeba było je reprodukować z wydanych komiksów. Jednak trudno mi uwierzyć, że przy współczesnej technice nie dało się lepiej odrestaurować tych plansz, aby nie odróżniały się negatywnie do pozostałych. Zdaje się, że tamtejsi graficy mogliby się sporo nauczyć od naszych speców, którzy przy reedycjach archiwalnych polskich komiksów potrafią czasem dokonywać cudów niemalże z niczego.

Wszystko to sprawa, że nie mogę polecić „DC Universe by Mike Mignola” z czystym sumieniem. Oczywiście, dla maniakalnych fanów amerykańskiego artysty ten tom będzie cennym nabytkiem, może też zainteresować miłośników superhero z lat osiemdziesiątych, tym bardziej że zawiera jednak kilka komiksów niedostępnych już w innej formie. Ci, którzy pokochali Mignolę za „Hellboya”, mogą być jednak rozczarowani. Znajdą tu niewiele interesującego materiału stworzonego w stylistyce przypominającej Piekielnego Chłopca.

Autorem recenzji jest Michał Siromski. Więcej o nim dowiecie się tutaj. Niczym prawdziwy superbohater prowadzi podwójne życie: za dnia pracuje jako psycholog pomagając osobom społecznie wykluczonym, zaś w nocy przeobraża się w badacza komiksu. Ma na swoim koncie publikacje w „AQQ”„Zeszytach Komiksowych”„Ziniolu” i „Antologiach referatów Sympozjów Komiksologiczych” oraz „Gotham w Deszczu”. Od 2004 roku członek redakcji Magazynu KZ. Miłośnik dobrych komiksów, dobrych filmów, dobrej muzyki, dobrych gier oraz niedobrych kotów.

Korekta: Marcin Andrys.

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa DC Comics oraz księgarni Jak wam się podoba / As You Like it za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Tytuł: DC UNIVERSE BY MIKE MIGNOLA HC

Scenariusz: różni

Rysunki: różni

Okładka: Mike Mignola

Wydawca: DC Comics

Data wydania: 2017 r.

Liczba stron: 395

Format: 180×275 mm

Oprawa: twarda z obwolutą

Druk: kolor

Cena: $39,99

[Suma głosów: 1, Średnia: 5]

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *