Digital Justice

Vaporwave to już nie żaden nurt albo gatunek, a raczej część postinternetowego DNA wrośnięta w nie na tyle głęboko, że stała się nie tylko nieokreślana, co niewymagająca już określenia. Ten esencjonalny, początkowy vapor pożarł własny ogon już dawno temu – fascynacja gradientem, japońskością, pustą egzotyzacją i banalizacja antykapitalistycznych myśli przybrały formy ekstremalnie wszechobecne, aż w końcu przeniknęły co całego, współczesnego wyobrażenia o internetowej nostalgii w ogóle. Mało kto już w ogóle mówi bezpośrednio o vaporwave – w kontekście jego popularyzacji, słowo zdaje się wręcz archaiczne i zwietrzałe. Fascynacja retro przestała być już fascynacją, a stała się samoświadomym przetwarzaniem referencyjnych emocji – tworzeniem nowych doświadczeń z przeżutych doświadczeń, ale już bez cynicznego balastu.

Mówię o tym wszystkim, bo ciężko czytać „Digital Justice” inaczej niż w tym tonie. Dzieło Pepe Moreno to dziś zaledwie zapyziały fabularnie artefakt, który utrzymuje się przy życiu tylko dzięki pulsującej bardziej niż kiedykolwiek stronie wizualnej – kilka lat temu nazwanej pewnie jeszcze vaporwave’ową, a dziś tryskającej w sposób magnetyzujący postinternetową energią.

Ojcowie tego kaczątka zdają się zresztą przepełnieni dumą, bo to rzecz z każdej strony (przedmowa, bio, notki wydawnicze, prawo, lewo, góra, dół) opatrzona pompatycznymi, marketingowymi pieśniami na temat mających wytyczać nowe drogi, nowe trendy oraz nowe sposoby myślenia o medium w ogóle, technologiach użytych w procesie twórczym. Atmosfera groteskowej w swoim rozmiarze katastrofy wydawniczej unosi się, więc zanim zdążymy choćby liznąć właściwej zawartości. Aroganckie „Moreno is certain that multi-media, digital entertainment is the wave of the future. He plans to be at the forefront of it” zwieńczające bio autora złowieszczo odbija się echem po jego właściwie niemal martwej karierze, do której furtką bez wątpienia miało być „Digital Justice”.

Szkoda jednak, że gdzieś po drodze zgubiła się fabularna autonomia. Moreno przepełnia historię cytatologią – pokracznie parafrazuje choćby snujące, blade runnerowe śledztwo, ale bez świadomości, że nie wystarczy transkrypcja poetyki z jednego medium do drugiego. Fragmentów Verhoevena i Scotta nie wystarczy zsekwencjonować, by ulepić coś emocjonalnie namacalnego, szczególnie że mówimy o przeszczepie organów z kultowych dzieł cyberpunku do świata Batmana. Batmana, który nie jest tu zresztą integralną częścią kośćca historii, a zaledwie pretekstową nakładką i płytkim symbolem.

Komiksowy bohater jako duch predigitalowego, materialnego świata to właściwie inkarnacja banalnej refleksji Moreno o maszynie, która nie może dychać bez człowieka. Ciekawie jest czytać coś tak technokrackiego i technofobicznego zarazem, ale temat niemal egzystencjalnej więzi mięsa z maszyną nie zostaje w żaden sposób prześwietlony.

Odpowiedź autora na nurtujące kwestie jest bowiem nie tyle niepełna, ile niewiarygodnie bezpłciowa i budzi zaledwie kolejne pytania. Jak definiować tę koegzystencję? Na czym polega jej balans? Jak dalece ta relacja ma być w ogóle głęboka i dlaczego? Brak tu choćby fundamentu do dalszej eksploracji, bo Moreno osadza opowieść na wiotkiej historii o post-Gordonie, który sobie łazi i coś tam się dzieje. Jakiś robot porządkowy zabija policjanta, jakiś Jokero-wirus coś tam psuje, jakiś wirtualny Batman coś naprawia, jakiś ktoś próbuje coś zrobić i w sumie wszystko kończy się jakoś.

Jednak w „Digital Justice” wcale nie o to chodzi, a przynajmniej już nie o to chodzi. Dzieło Moreno to teraz tylko i aż wizualna skorupa. Tylko, bo pozbawiona treściwej, narracyjnej tkanki. Aż, bo to skorupa niebywale wyjątkowa, przesaturowana oraz tętniąca nieskrępowaną pomysłowością.

1) Nieludzko drętwo upozowane postaci, które przez cieniowanie przywodzą na myśl prace Touko Laaksonena (Tom of Finland), co nieźle koresponduje z testosteronową atmosferą komiksu. Jedyną moc sprawczą mają tu bowiem mężczyźni, a że narysowani jak charakterystyczne gejowskie figury, to całość nasiąka dziwacznym meta-kontekstem.

2) Verhoevenowska, namacalna przemoc rodem z kina eksploatacji klasy B, która w bardziej graficznych momentach smakuje jak Cronenberg albo Carpenter.

3) Trójwymiarowe, niskopoligonowe modele w stylu teledysków Blank Banshee. Momentami kuriozalne w nieudolności wykonania, ale właściwie tylko doprawiające ten robotyczny koszmar – surrealistycznie zdeformowana twarz wirtualnego Batmana już w niewielkim rozmiarze wygląda jak kwasowa, retro futurystyczna wizja, ale dopiero kiedy wypełnia całą stronę, uświadamiam sobie, że ten komiks spełnia marzenia, których nigdy nie miałem.

Nie ma zresztą sensu punktować wszystkich wspaniałości z odmętów chorej wyobraźni Moreno. Jasne, że wizualne referencje podobnie jak te fabularne również bywają nazbyt oczywiste (wirtualna analiza gałek ocznych czy zjaponizowana, metalowo-neonowa sceneria rodem z „Blade Runnera”), ale dzięki tej absolutnie odrębnej obróbce i ekstrawagancji unosi się nad tym potężny duch autorskości.

„Digital Justice” to rzecz bezprecedensowa, bo niezmiernie przestarzała i aktualna zarazem. Rzecz okropnie napisana (regularne powtarzanie informacji w drętwych ekspozycjach; pusta, dziadowa krytyka młodzieńczej rozwiązłości; wypełniona zbędnymi opisami narracja, torpedująca często jakąkolwiek immersję) oraz rzecz przestarzała (w przeciwieństwie do „Blade Runnera” nie jest to bowiem tragedia tożsamościowo-egzystencjalna, a raczej światopoglądowy manifest o zepsuciu świata ekstremalnie technokrackiego).

Tylko że w 2020 roku nie ma sensu mówić o „Digital Justice” w kontekście przełomu techniczno-wydawniczego albo dyskusji o zacierających się granicach między tkanką organiczną a nieorganiczną. Nie ma nawet sensu mówić o nim w kontekście Batmana. To cała paleta retro futurystycznej duchologii, esencjonalna dla postinternetowej wrażliwości, zrealizowana jeszcze bez widma cynicznej samoświadomości, a za to z pełnym emocjonalnym przekonaniem. I paradoksalnie nawet ulepszenie albo przepisanie scenariusza uczyniłoby ją tylko gorszą. Jest coś pociągającego w obserwowaniu tej przedziwnej, syntetycznej wizji Gotham, opowiadającej z pełnym przekonaniu o rzeczach najważniejszych, które w kontekście współczesnych konfliktów zdają się niewinnie błahe. Wizji nieopartej na wizualnej nostalgii, a zilustrowanej jeszcze z wyobrażeniem wytyczania nowych trendów, które dziś – niemal równo po trzydziestu latach od wydania komiksu – paradoksalnie rzeczywiście nadeszły.

Nie, żeby była to zasługa Pepe Moreno. Praca tego autora leży głęboko w rowie zapomnienia i pewnie pozostanie tam na długo. Długo w sensie, że na zawsze.

Autorem recenzji jest Julian Płoski – Student Warszawskiej Szkoły Filmowej. Mówi, że przede wszystkim robi muzę orbitującą wokół bardzo szeroko pojętej eksperymentalnej elektroniki. Na koncie ma dwa albumy – Jeden wydany w Polsce (“Tesco”, 2018, BAS), drugi w Czechach (“śpie”, 2019, Gin&Platonic), do tego trochę recenzji, wywiadów oraz kilkadziesiąt koncertów. Publikuje wideoeseje na swoim kanale, pisał dla poptown.eu, montuje filmy, robi filmy i teledyski. Codziennie nałogowo pożera kino i wzrusza się przy byle okazji.

Tytuł komiksu: Batman. Digital Justice

Scenariusz: Pepe Moreno, Doug Murray

Ilustracje: Pepe Moreno, Bob Fingerman

Wydawca: DC Comics

Rok wydania: 1990

Liczba stron: 58

Format: 27,94 x 21.59 cm

Druk: kolor

[Suma głosów: 0, Średnia: 0]

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *