
Autor recenzji: ŁUKASZ „CHMIELU” CHMIELEWSKI
„One bad day” było kolejnym skokiem na kasę DC Comics, które ratuje się jak może w mrocznych mangowych realiach rynku. Tym razem myk polegał na przycięciu frajerów na nostalgii związanej z fenomenem dzieła „Batman: Zabójczy żart”. Ale jak to pokazały poprzednie kryzysy finansowe, czasem gdy idzie słabo, decyzyjni rezygnują z ciepłej wody w kranie i pozwalają na więcej. Artystycznie. Tak wyszło również częściowo w tym przypadku.
TOMA KINGA RIDDLERÓW TRZECH
Pomysł polegał na przedstawieniu Jednego Złego Dnia, który rzekomo miał pchnąć czarne charaktery z Galerii Łotrów w stronę Zła. Tak jak wcześniej Jokera u Alana Moore’a i Briana Bollanda. Twórcy potraktowali pomysł nie zawsze do końca zgodnie z planem, niektórzy podryfowali troszeczkę, większość poległa, ale trzech scenarzystów mniej lub bardziej podołało. King okazał się jednym z tych wygranych.
King to scenarzysta przedziwny. Ten były agent CIA wszedł na rynek z przytupem i po zaledwie dwóch uznanych tytułach DC Comics pozwoliło mu na STO-zeszytowy run w serii „Batman”, w dodatku rozpoczety od magicznej „jedynki”. Nie wszyscy dobrzy w tym fachu mieli takie szczęście. Zaskakujące, prawda?
Rzeczywistość okazała się trochę mniej pozytywna, czytelnicy nie do końca zrozumieli zamysł i przy spadającej sprzedaży serii, run zakończył się na 85 numerach z kilkoma zeszytami „pomiędzy” napisanymi przez innego scenarzystę. Niemniej Kingowi pozwolono finiszować serią „Batman/Catwoman” i od dłuższego czasu ma status scenarzysty projektów specjalnych, renomowanych i dobrze płatnych (jak przed nim „późny” Grant Morrison, Scott Snyder i Brian Azzarello). Podobnie jak oni może też wybierać co weźmie na warsztat. Skoro „One bad day” było projektem prestiżowym, Kinga nie mogło zabraknąć.
ZGADUJ ZGADULA

Riddler z „One bad day” to wersja ostateczna postaci. Zanim napiszę dlaczego, słów kilka o rozwoju łotra pod klawiaturą Kinga. Za starych dobrych czasów Edward Nygma był czarnym charakterem takim trochę drugoligowym i w sumie mało szkodliwym, reliktem czasów, w których życie miało wartość (również w popkulturze), co celnie ujął Neil Gaiman w swoim świetnym „When is a door… The Secret Origin of The Riddler…”. Wizerunek postaci odmienił Peter Milligan w przegenialnym „Mrocznym Rycerzu Mrocznego Miasta”, w którym zamiłowanie do pogrywania nie kryje już w ogóle socjopatii, a dawny urok zabawy w kotka i myszkę przeminął bezpowrotnie. I poszło. Było coraz mroczniej i bezlitośnie, a po latach Scott Snyder w „Roku Zerowym” zrobił już z Nygmy przeciwnika na skalę filmowego Ernsta Stavro Blofelda – 3M -maniakalnego morderczego megalomana. Takiego Riddlera „odziedziczył” King, przejmując serię „Batman”. Nygma z „Wojny żartów i zagadek” to już potwór na miarę samego Jokera, pierwsza liga Zła – facet, który nie liczy się z nikim i niczym, a jego obsesja na punkcie zagadek i przechytrzenia Batmana jest równie niebezpieczna jak nieobliczalność Klauna. W późniejszym „Killig time” (2022) powstałym celem zdyskontowania sukcesu „The Batman” Matta Reevesa, cofamy się jakby do korzeni, kiedy King pokazuje nam Riddlera z początków, równie psychopatycznego i niebezpiecznego, ale dopiero w fazie rozwoju – to Nygma, który ma jeszcze jakieś ludzkie odruchy, ba, popełnia błędy.
I w końcu „One bad day”, a właściwie „Dreadful Reins”, bo tak nazywa się ta historia. Podobnie jak „Zabójczego żartu” nie można tej opowieści traktować jako osadzonej w nietoperzowym kontinuum. Tak, wiem, z „Killing joke” było wielu, którzy to robili, Barbara Gordon została sparaliżowana, itd. itp. – z mojego punktu widzenia całkowicie błędne podejście, bo Alan Moore pisał tę historię jako zakończenie relacji Batman/Joker, swoiste „What if…?,” bez przesądzania jak ta relacja rzeczywiście się zakończyła, a DC Comics wykorzystało ją jako jeden z kamieni milowych Nietoprzeowej Legendy. King poszedł podobną drogą – tyle, że „Dreadful Reins” kończy relację Batman/Riddler nieodwołalnie.
Nygma (tu jako Edward Tierney, przed zmianą nazwiska) z tej opowieści to trzecia Kingowa iteracja postaci – socjopata, który znudził się swoją obsesją, pokonał ją i „wymyślił się” na nowo, tym razem jako „boga”. Przeświadczony o swojej superinteligencji, wyprzedzaniu wszystkich już nie o dziesięć kroków, a o sto, myśli że stał się nietykalny. Cóż…
ERROR
W „Dreadful Reins” poznajemy genezę tego dlaczego Edward został Riddlerem (nadmiernie wymagający ojciec i wyolbrzymione ego, które źle znosi nawet drobne porażki). W drugim planie czasowym widzimy jak Edward przekształca się ze „starego” Riddlera w nową wersję adwersarza.
King pokazuje go trochę jako Super-Lectera albo Super-Johna Doe (tego z „Siedem”). Zarówno w scenie przesłuchania Nygmy przez Gordona (notabene znakomitej), jak i scenie z policyjną grupą specjalną, którą Eddie wmanipulowuje do wzajemnego powystrzelania się – pobrzmiewają echa dwóch wybitnych thrillerów. Mocno to efekciarskie i mało realistyczne (zwłaszcza motyw z policjantami, który jest po prostu głupawy – któryś z nich mógł po prostu Eddie’ego odstrzelić), ale Tom raczej miał tego świadomość. Komiksowa umowność pewnych rozwiązań pozostała nienaruszona, a scenarzysta obudowuje nią główną intrygę – starcia dwóch gigantów intelektu, z których jednemu wydaje się, że może pokonać drugiego – bazując na swojej wiedzy, latach doświadczeń i przekonaniu, że jedynie on może się zmienić. Ma to wszystko, ale jak każdy arogant zapomina o czynniku ludzkim, co wielu doprowadziło do zguby. Edward podąży tą samą drogą.
FINAŁEM NA ŁOPATKI
Michał chciał żebym napisał tych kilka słów, bo wskazałem ten konkretny komiks Kinga, jako jedną z istotniejszych historii z Batmanem z tych, które powstały w latach 2001-2025. Powtórna lektura zrobiła już co prawda mniejsze wrażenie (i podkreśliła pewne wady), ale nadal uważam ten projekt za jeden z lepszych we wskazanych latach.
Jest w tej historii wiele scen kapitalnie napisanych (przesłuchanie riddlerowego henchmana w porcie przez Batmana; spotkania Bruce’a Wayne’a z wdową po człowieku, którego Nygma zabił dla przykładu i jako nauczkę), ale to finał opowieści rozkłada czytelnika na łopatki. Niektórzy może się go spodziewali – ja nie. Tym, którzy nie czytali nie mogę nic zdradzić, ale pomysł, że Riddler po raz kolejny, tym razem definitywnie przechytrza samego siebie, jest po prostu genialny. Wiadomo, że sama formuła komiksu pozwoliła Kingowi na takie rozwiązanie, że w oficjalnym kontinuum taki numer nigdy by nie przeszedł, ale i tak poprowadzenie końcówki to mistrzostwo, nasuwające skojarzenia właśnie z „Killing joke”. Nie napiszę, że King osiągnął w tym finale poziom Moore’a, ale… było blisko – ja przynajmniej po tych wszystkich przeczytanych komiksach z Mrocznym poczułem, że zobaczyłem coś nowego, poniekąd odkrywczego. Nie dlatego, że Batman zrobił to co zrobił, a dlatego z jakiego powodu tego dokonał i co – po tych wszystkich latach – poświęcił. Wszystko się tu ładnie spina (czarne kadry kończące pierwszą i ostatnią scenę), konstrukcja scenariusza nasuwa skojarzenia ze szwajcarskim zegarkiem. Spokojnie przechodzi się do porządku dziennego nad pewnymi absurdami i cieszy opowieścią jako taką – w dzisiejszych czasach to już bardzo dużo.
KOMIKSY, KOMIKSY – MAGICZNE OBRAZKI
Nie byłoby tej opowieści bez Mitcha Geradsa, jednego ze stałych współpracowników Kinga. Od lat podziwiam rysunki Geradsa, od lat zastanawiam się czy naprawdę potrafi rysować. W chwilach gdy zżymam się nad obrzydliwą cyfrową obróbką, którą stosuje, często topornymi kadrami, jednocześnie potrafię zachwycić się dynamiką jego kreski, ujęciu ruchu postaci, którego wielu rysowników przez lata pracy nie potrafi uchwycić. Podobnie jest w „Dreadful Reins” – kadry słabe przeplatają się ze znakomitymi. Gerads nigdy nie osiągnie maestrii Claya Manna czy Grega Smallwooda, ale ma talent w łapie i potrafi wykreować rzeczy przepiękne. W tej historii kupił mnie przejściem planów czasowych na boisku do koszykówki i Bruce’m Wayne’m wzorowanym na Jonie Hammie (m.in. z „Mad Men”). Hamm zawsze chciał zagrać Batmana i nigdy (chyba) nie będzie mu to dane – dzięki Geradsowi możemy zobaczyć jak celny byłby to casting.
„O CZYM CHCIAŁ POWIEDZIEĆ PISARZ?”
– pyta pani od polskiego” jak rapował niegdyś Kazik. Zabawa w arbitralne stwierdzenia co artysta miał na myśli zawsze mnie bawiła, bo kilka razy miałem okazję się przekonać, że nie zawsze to co twórca sobie wymyślił odczytywane jest właściwie przez odbiorcę. Być może na tym właśnie polega prawdziwa sztuka, że dzieło staje się na tyle uniwersalne, „pojemne”, że – jedyny właściwy wydawałoby się – kontekst umknie komuś kto dobuduje swoją własną interpretację, kto wie może wcale nie mnie ciekawą?
Kombinując nad tym o co chciałbym zawrzeć w tym artykule przemknęła mi przez głowę pewna myśl. A może King sobie z nas wszystkich zażartował? Może to wszystko: dzieciństwo Riddlera, jego zbrodnie, jego transformacja, cała ta ostatnia rozgrywka – było tylko przykrywką. Może to nie wcale nie Jeden Zły Dzień Edwarda Nygmy, który tak naprawdę od początku był zaburzonym żałosnym człowieczkiem? Może „Dreadful Reins” to – tak naprawdę – opowieść o punkcie bez odwrotu Bruce’a Wayne’a, o dniu, w którym zrobi wreszcie to, czym pogardzał i czego się bał.
Jeśli taki był zamiar Toma Kinga, to ta historia byłaby jeszcze lepsza.
I cóż, chyba z tą właśnie myślą, tak tu Państwa zostawię.
Batman: One Bad Day: The Riddler. Scen. T. King. Rys. M. Gerards. DC Comics 2022.
Łukasz Chmielewski znany jako Chmielu – pisuje scenariusze komiksów („Dogmat”, „Psychopoland” oraz shorty publikowane tu i ówdzie), pisuje też o nich (kiedyś „Produkt” i „SFera”, teraz „AKT”) oraz o filmach. Członek – jakkolwiek to brzmi – rozbitej przez polskie realia Produkt Crew. Ukończył historię. Fan twórczości Gartha Ennisa, Briana Bendisa, Eda Brubakera, Stephena Kinga, Andrzeja Sapkowskiego, Thomasa Harrisa, Jamesa Ellroya, Johna Katzenbacha, Michaela Manna, „wczesnego” Kazika i kilku innych kolesi. Ultras Batmana i Punishera. Nałogowy komiksiarz i rowerzysta. Mieszka w Bydgoszczy z żoną Luizą oraz kocią załogą.










