ZŁOTY NIETOPERZ

 Nietoperz ze wschodu

Trudno wyobrazić sobie współczesną popkulturę bez zamaskowanych mścicieli. Szczególnie wpłynęli na zachodni rynek komiksowy, który ukształtowali praktycznie we dwóch Superman z Batmanem. A gdybym zdradził wam, że na dalekim wschodzie inny bohater z symbolem nietoperza odegrał podobną rolę dla tamtejszych superbohaterów? Nawet miał krótką styczność z Batmanem. Oto historia Złotego Nietoperza.

Dla większości popkultura japońska kojarzy się zapewne z mangą, anime czy filmami z Godzillą – osobą w kostiumie depczącą kartonowe miasta. Te ostatnie należą do gatunku tokusatsu (słowo oznacza wprost „efekty specjalne na ekranie”), a pod jego skrzydłami japońska kinematografia i telewizja powołały do istnienia armie superbohaterów, którzy mają się dobrze po dziś dzień. Część znamy w formie amerykańskiego importu, Saban Entertainment przedstawił nam Power Rangers, ale też Big Bad Beetleborgs, Masked Rider i VR Troopers – nazwy być może znajome starym koniom, nostalgicznie wspominającym telewizyjne ramówki w Polsce lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście adaptacje nie miały wiele wspólnego z oryginałami, zwłaszcza produkcje Sabana, który potrafił skleić sezon serialu z trzech solo serii niepowiązanych postaci (VR Troopers). Krótki romans z tokusatsu miał też Stan Lee, w 1978 roku przy współpracy Marvela z Toei Entertaiment powstał japoński Spider-Man, mający dzisiaj status kultowego i mało wspólnego z Peterem Parkerem. Specyfika herosów z kraju kwitnącej wiśni sprawiała, że bardziej znane nam komiksy, zarówno z Domu Pomysłów, jak i DC Comics, nie sprzedawały się najlepiej. Tak samo my przyzwyczajeni do naszych mścicieli będziemy raczej z uśmieszkiem oglądać zapasy ludzi w gumowych strojach. Ewolucja superherosów potoczyła się zupełnie inaczej na ziemiach Tokugawy, ale tak się składa, że również rozpoczęła się od znaku nietoperza.

Szkielet przodka

Ōgon Bat, dosłownie Złoty Nietoperz, to złocisty szkieletor z tajemniczej Atlantydy. Walczy w stroju muszkietera, uzbrojony zarówno w rapier, jak i supermoce (lot, szybkość, niezniszczalność, super zmysły – pełen repertuar normalnie kojarzony z Supermanem) oraz szyderczy humor i szczyptę magii, a jego siedzibą były mroźne szczyty Alp Japońskich. Jest dziełem dwóch autorów – Takeo Nagamatsu i Suzuki Ichiro, zainspirowanych wycieczką po muzeum w Ueno. Wśród zebranych tam dzieł jest galeria sztuki zachodniej, z której być może wybrali strój bohatera, a styl rysunku zapożyczyli z przedstawień japońskiej mitologii. Podobnie jak nieumarłe oblicze, inspirowane dość mrocznym japońskim folklorem. Ten mariaż dwóch kultur trafił na plansze kamishibai, ulicznego teatrzyku, dla których obaj panowie kopiowali plansze z obrazkami, nim postanowili zacząć własne obwoźne przedstawienia. To była popularna forma rozrywki w roku 1931. Tak, przeczytaliście dobrze. Złoty Nietoperz poprzedza egzystencję zachodnich superbohaterów o niemal dekadę i jest jedną z najwcześniejszych postaci obdarzonych nadprzyrodzoną mocą (jeśli tego nie liczymy, Zorro jest wciąż starszy). O dwa lata wyprzedził nawet prototyp Supermana z 1933, telepatycznego łotra z The Reign of the Super-man Siegela i Shustera.

W przeciwieństwie do swojskich nam herosów nie posiadał ukrytej tożsamości, przypominając hybrydę motywów mumii i wampira (fani fantasy z pewnością mają jeszcze jedno skojarzenie: licz). Naga czaszka nie jest maską, co jest bardzo ciekawym wyborem artystycznym dla postaci posiadającej wśród tytułów „Przyjaciel dzieci”. Magiczny bohater pochodził z Atlantydy, a po dziesięciu tysiącach lat spędzonych w zamkniętej trumnie przebudziły go łzy dzieci. Jego głównym przeciwnikiem był Dr Erich Nazo, odziany w czerń geniusz zbrodni i technologii o czwórce oczu i stalowym szponie. Sposobem, w jaki Ōgon Bat pokonywał zło, przypominał bardziej mitologicznych tricksterów, przechery – stosował podstępy i strach na równi z własną nadprzyrodzoną siłą, cały czas śmiejąc się tak, że mógłby sfrustrować Jokera. Nie wahał się również przed poniżaniem pomniejszych sług rywala, o ile wprost ich nie zabijał. Ōgon Bat na teatralnych planszach mierzył się również ze swoim mrocznym odpowiednikiem, Kurayami Bat (Mroczny Nietoperz – również chodzący kościotrup, ale błękitno-szary) poprzedzając ten motyw, nim zagościł na stałe na kartach komiksów, a potem uległ nadużyciu w filmach Marvela. Obok swoich arch-nemesis japońscy fani mogli podziwiać Bata mierzącego się z wyzwaniami, których opisy budząc uśmiech u takiego starego fana jak ja: rabusie banków, wielkie roboty, naukowcy uzbrojeni w hipnotyczne promienie… pełna klasyka.

Kiedy to czytacie, pewnie zwróciliście już uwagę na pewien detal – gdzie w tym wszystkim nietoperze?! Na próżno szukać znajomej symboliki na kostiumie japońskiego praszczura, latający ssak był czasem jego zaczarowanym towarzyszem. Omenem nadziei dla dzieci i ostrzeżeniem dla zbrodniarzy, że oto nadchodzi niepokonany obrońca sprawiedliwości, śmiejący się złu w twarz. Geneza samej nazwy „Złoty Nietoperz” jest, z naszego punktu widzenia, nieco banalna – to ukłon w stronę popularnej, taniej i najstarszej w Japonii marki papierosów, istniejącej na rynku już w 1906 roku. Znana jako Bat oraz Golden Bat miała być docelowo importem do Chin (import zaczęto rok wcześniej, nim papierosy zawitały na ojczystej ziemi), gdzie nietoperz jest symbolem szczęścia. Wśród palaczy gacków byli pisarze i inni japońscy twórcy, którzy w swoich dziełach dokonywali lokowania produktu z sympatii do marki. Nie inaczej było z Takeo i Suzuki, zapewne popalali Golden Baty w trakcie ulicznych pokazów. Późniejsi artyści interpretowali czasem pelerynę herosa jako układającą się na podobieństwo nietoperzych skrzydeł, w sposób już niewątpliwie inspirowany motywem Batmana.

Złoty błazen

Na podobieństwo tricksterów Złoty Nietoperz łączył w sobie kontrasty, przekraczał normy społeczne swoim nieumarłym wyglądem i zachodnim strojem, nawet zachowaniem – łatwo mi jest sobie wyobrazić, jak przyciągała taka postać w społeczeństwie, gdzie kluczowe jest trzymanie publicznej maski. Nietoperz bez skrępowania pokazywał, jak bawi go zwalczanie zła i jak gardzi osobami niemoralnymi. Sposób, w jaki wykreowano tę postać, idealnie wpisuje się w jungowski archetyp błazna: nieszablonowym zachowaniem i burzeniem norm przywracał ład oraz przypominał o tym, co słuszne i moralne. Był mistrzem sztuk magicznych. Mimo strasznego wyglądu kochano go za podejmowane czyny. W przeciwieństwie do typowych duchów-oszustów z japońskiej mitologii (ambiwalentnych wobec ludzi, a nierzadko szkodliwych), Nietoperza cechował silny moralny kompas i radość z życia – błazen Junga ma zapraszać innych do wspólnej zabawy. Sama forma teatru kamishibai nie mogłaby być bardziej bezpośrednią realizacją tego założenia.

Jak wspominałem wcześniej, przeciwnicy proto-herosa zwykle dysponowali przewagą technologiczną nad społeczeństwem, wykorzystując ją do niecnych celów. Maszyny, futurystyczne promienie, latające spodki, cały arsenał rodem z początków science fiction stawiał złoczyńców ponad zwykłymi ludźmi. Progres służył podbojowi i szerzeniu niesprawiedliwości, co ma w sobie echa burzliwej historii wysp japońskich. Nieprzewidywalne, acz heroiczne działania Ōgon Bata wyrównywały tę różnicę sił na korzyść śmiertelników, nie inaczej jak trickster stający w imieniu ludzi wobec potęgi bóstw, aby ukraść ogień czy inny sekret.

Mroczna wersja bohatera, Kurayami, jest tą stroną archetypu błazna pozbawioną moralności, zawierającą w sobie cechy złowieszcze, złodziejskie i niszczycielskie. Zawierał w sobie też element mądrego-głupca – chociaż sprytny, dawał się oszukać innym i nawet dzieci mogły mieć radość, że potrafiły przechytrzyć tego złoczyńcę na tyle długo, by heros zrobił z nim porządek. Jeśli obie te postacie zinterpretować jako dwie strony tej samej monety, otrzymujemy typową dynamikę mitologicznego przechery – Kurayami Bat snuje skomplikowane plany dla własnych korzyści, tworzy chaos, ale ostatecznie ulega sam sobie w postaci Ōgon Bata, który przywraca ład przez akcje poza normami społecznymi, po drodze wzbudzając wiele wesołości u odbiorców opowieści.

Teatrzyki w potrzebie

Również jak przystało na prawdziwego superbohatera, Ōgon Bat narodził się jako reakcja na ludzkie potrzeby. Kamishibai jako zjawisko były jedną z odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na rozrywkę w Japonii, udręczonej finansowo po Wielkim Kryzysie w 1920 roku. Oprócz fali zwolnień i krachu gospodarczego towarzyszył temu przyrost nastrojów nacjonalistycznych, którego skutki później zweryfikowała druga wojna światowa. Narratorzy, zwani kamishibaya, jeździli ze składanymi teatrzykami na rowerach od miasta do miasta, będąc jedną z tradycji japońskiej sztuki rozrywkowej (oraz buddyjskiego malarstwa, w przypadku teatrzyków), podobnie jak wędrowni grajkowie hiki-katari poprzedzający popularność karaoke (grali na zamówienie klientów pijących w barach) – a tego typu rozrywka urosła jedynie, gdy rząd zdjął podatki z wędrownych artystów. Prawdziwy boom na kamishibai zaczął się w odpowiedzi na zanik niemych filmów w kinach. Każdemu seansowi towarzyszył lektor, czytający na żywo dialogi i dodający własne emocje do dzieła, a w chwili, gdy zmniejszyło się na nich zapotrzebowanie, ci doświadczeni narratorzy przerzucili się na formę rozrywki najbliższą ich pracy.

Opowieści, przekazywane przez zmieniające się plansze, były darmowe, a zarabiali na sprzedaży przekąsek, a z czasem zabawek. Złoty Nietoperz, postać egzotyczna w oczach japońskich odbiorców, był hitem kamishibai. Dotychczas opowieści na ręcznie malowanych kartach konstruowane były do zabawiania dorosłych, często pijanych i spragnionych jakiegoś dreszczyku z kryminału lub horroru. Nagamatsu i Ichiro za swoją grupę odbiorców wybrali dzieci, co okazało się dosłownie złotym strzałem. Ze względu na bardzo nieformalny charakter tej sztuki młodzi autorzy nie mieli kontroli nad wizerunkiem swojego herosa i z czasem niemal każdy narrator miał w ofercie przygody Ōgon Bata. Bądź innej proto-superhero postaci, będącej próbą stworzenia czegoś nowego w odpowiedzi na pierwszy superbohaterski boom w historii. Jedną z nich był Książe Ganma (bądź Gamma), zaczarowany chłopiec w złotej koronie, mający drugą tożsamość ulicznego sieroty, ale pozostał jedynie ciekawostką na marginesie historii kamishibai.

Konkurenci nie przetrwali próby czasu. Same kamishibai zostały wpierw przekute w narzędzie wojennej propagandy, wstydliwe zdjęte z widoku, gdy amerykanie rozpoczęli okupację, a potem odeszły do lamusa wraz z popularyzacją telewizji i komiksu (obecnie są formą kultury tradycyjnej i spełniają inną rolę niż dostarczanie masowej rozrywki). Podobnie jak zachodni bohaterowie i Ōgon Bat został wplątany w machinę wojenną – na ręcznie malowanych planszach miał podobno zachęcać do heroicznej śmierci w imieniu cesarza.

Debiut w mediach

Ze wzrostem znaczenia komiksów złoty bohater trafił na ich karty, był rysowany między innymi przez samego ojca mangi Osamu Tezuka. Chociaż pierwsi autorzy nie mieli praw do swojej postaci, Nagamatsu i Ichiro byli kontaktowani przez rysowników, a później filmowców, otrzymując wynagrodzenie za swoje dzieło. Komiksy były naturalną ewolucją dla przygód rechoczącego kościeja (nie mówiąc o tym, że gotowym materiałem do wykorzystania), ale na tym polu nie zdołał utrzymać dominacji. Zmieniły się potrzeby odbiorców. Sam Tezuka znany jest przecież z Tetsuwan Atom (Astro Boy na zachodzie), którego popularność przyćmiła innych bohaterów z tamtego okresu – mechaniczny chłopiec uosabiał futurystyczne pragnienia powojennej Japonii. Nietoperz przetarł szlak dla japońskich superbohaterów i ze swoich Alp patrzył, jak pojawiają się nowi, świeżsi i bliżsi ówczesnym Japończykom. Z czasem nawet legendarny Ojciec Mangi spotkał się z konkurencją w postaci komiksów gekiga, mroczniejszych i dojrzalszych, rysowanych przez nowe pokolenia artystów z ich unikatową wizją i surowszym stylem, zupełnie nowym i świeżym na tle inspirowanej Waltem Disneyem kreski Tezuki. 

Mimo to Tezuka utrzymał Złoty Nietoperza na kartach komiksu aż do lat sześćdziesiątych, tak więc podbój monochromatycznych ekranów był kwestią czasu. Kinowy debiut nastąpił w 1950 roku: Ôgon Bat: Matenrô no Kaijin. Jest to utracone dzieło, jedyne co pozostało po tym filmie to kilka plakatów przedstawiających aktora w kostiumie (z dodatkiem kapelusza i burzy rudych włosów). Potrzeba było szesnastu lat na reboot (pod prostym tytułem Ôgon Batto ­– we Włoszech znany jako Il ritono di Diavolik). Po drodze na kartach mang japoński człowiek-nietoperz pozbywał się muszkieterskiego rynsztunku na rzecz jednolitego kostiumu z peleryną, laski oraz… szerszego repertuaru magicznych mocy. Do kin powrócił dzięki wspominanym już Toei Entertaiment, mającymi już doświadczenia z superbohaterami na dużym i małym ekranie. Ponieważ technologia ograniczała przekazanie czarodziejskich zdolności Nietoperza, repertuar jego zdolności uzupełniono o sztuki walki, cementując przy tym motywy obecne po dziś dzień w superbohaterskich tokusatsu. Czarno-biały film z 1966 roku został zachowany i dostępny jest do obejrzenia w całości na YouTube, szczęśliwie z angielskimi napisami. Trzeci film powstał w 1972 roku już w kolorze jako komedia akcji Ôgon Batto ga Yattekuru.

Chociaż w kinach nie radził sobie źle, Nietoperz i inny herosi przegrywali z dominacją Ultramana – kosmicznego giganta zwalczającego najróżniejsze kaiju. Kreacja Eijiego Tsuburaya podbiła kina, łącząc w sobie superbohaterskie motywy z seriali telewizyjnych z szalejącą modą na wielkie monstra.

W 1967 roku Ōgon Bat odniósł bardzo udaną adaptację jako serial anime. Tak jak i Nietoperz otworzył drogę dla superbohaterów na kartach komiksów, tak własną kreskówkę zawdzięczał sukcesowi Tetsuwan Atom¸ pierwszemu anime (1963 rok) w historii, które również zapoczątkowało precedens eksportu japońskiej animacji. Dzięki czemu m.in. Włosi mogli poznać złotego kościotrupa jako Fantamana. Serial jest wciąż chwalony jak na swoje czasy za poziom animacji i dzięki zagranicznym dubbingom ma wciąż wiernych fanów.

I w ten sposób powoli zmierzamy do nietypowego spotkania dwóch nietoperzych mścicieli.

Koreańskie podróbki i wrażenia z filmu Golden Batman

W Korei Południowej Ōgon Bat zdobył dużą popularność, zarówno w postaci filmu, jak i serialu animowanego. Tak wielką, że tworzono tam niezależne spin-offy, mające w głębokim poszanowaniu wszelkie prawa autorskie, normy oraz sens. W 1992 nakręcono aktorski Young-Gu and Golden Bat, gdzie tytułowy bohater walczył m.in. z przeciwnikiem w masce gremlina – z tych gremlinów, których nie wolno karmić po północy. Południowo koreańska popkultura miała już wtedy długą tradycję zapożyczeń postaci i projektów z Japonii oraz USA, tworząc animowane filmy pod mało inspirującymi tytułami w stylu Obrońcy kosmosu.

Batmania rozszalała się na wschodzie, zaczynając od Japonii po 1966 roku za sprawą serialu z Adamem Westem (charakterystyczny batmobil i bohaterowie nawet sami trafili na plansze kamishibai), a na tej fali Batman doczekał się też własnej mangi. A co było popularne na wyspach, z czasem trafiało na kontynent. Jeden z koreańskich producentów dokonał logicznego stwierdzenia, że skoro w jego kraju popularny jest Złoty Nietoperz oraz nadszedł czas nowego bohatera, który ma ikoniczny kostium i nietoperza w nazwie – być może ich fuzja sprzeda się jeszcze lepiej? Z tej idei w 1979 roku powstał film animowany Black Star vs Golden Bat (znany też jako Golden Batman), który trafił na zachód z hiszpańskim dubbingiem. Na plakacie widzimy znajomy ze srebrnej ery komiksów kostium Mrocznego Rycerza w kolorach błękitu, złota, bieli i z czerwonym symbolem nietoperza na piersi. Również został zachowany na YouTube, z hiszpańskim dubbingiem. Zawartość kreskówki jest typowym kiczem srebrnej ery, a dzięki pomocy odważnej tłumaczki (dzięki Gosiu!) mogłem obejrzeć tę osobliwość i podzielić się wrażeniami.

Jak już wspominałem, to nie jest głębokie dzieło. Tytułowy złoczyńca Black Star przewodzi organizacji terrorystycznej i planuje wykorzystać plany rakiety doktora Kima, aby stworzyć straszliwą broń. Swój śmiały skok obwieszcza światu (czym doprowadza dzieci do płaczu i psy do paniki) i jego słudzy przeprowadzają akcję, która dla oszczędności budżetowej dokonała się w całkowitych ciemnościach, zobrazowanych gamą przypadkowych dźwięków. Cały film zbiera niezłe punkty za kreatywność w radzeniu sobie z budżetem, o ile jakiś w ogóle istniał. W każdym razie pomniejsi złoczyńcy kradną dla szefa schematy rakiet i zostają powstrzymani przez Golden Batmana – heros wpada przez ścianę, śmieje się jak opętany, rozdaje plaskacze na lewo i prawo, obija pośladki (powtarzający się motyw, który zakładam, służy za element humorystyczny) oraz wyrywa przywódcy gangu wąsa, a większość tego czyni poza kadrem (kolejne oszczędności dla animatorów). Odzyskuje plany, pozostawiając złoczyńców w samych gaciach i z przyklejonymi karteczkami z logiem nietoperza. Po tej porażce Black Star decyduje się na jeszcze śmieszy plan i zamierza porwać samego profesora.

Jak widać, od pierwszych scen Złoty Batman ma z oryginałem tyle wspólnego, co strój. Bohater lata, jest supersilny, nietykalny i nie ma absolutnie żadnego nakreślonego tła. Co jest rozczarowujące, spodziewałem się jakiejś kreatywnej fuzji w typie filantropa z Atlantydy. Później robi się tylko dziwniej – większość godzinnego filmu stanowią zabawy gromadki dzieci (wśród nich córka profesora Kima) i ich gadającego psa. Przez chwilę odwiedzają ciężko chorego kolegę w szpitalu, będącego wielkim fanem Golden Batmana, a później ganiają się po górach i napotykają przypadkiem na kryjówkę Black Stara. Łotr oczywiście łapie bąble i używa dziewczynki, aby pojmać jej ojca. Małolatom udaje się wyrwać z pomocą ich cudownego psiska, a w pościg ruszają zakapiory, które poznaliśmy na początku filmu. Wtem – z pomocą przychodzi im superbohater! Tylko nie do końca, bo to tylko ich chory kolega w kostiumie. Z wiadomości dowiedział się o porwaniu i zainspirowany swym idolem popędził z pomocą, po drodze majstrując szybki cosplay, a my spuśćmy zasłonę milczenia na logikę i chronologię wydarzeń. Chłopiec zostaje bez trudu pokonany i zaczyna się w końcu robić interesująco – niedoszły wybawca zostaje uniesiony w powietrze w znajomej pozie do łamania na kolanie, a przecież Bane złamie Batmanowi kręgosłup w Knightfall dopiero w 1993 roku. Podobieństwo jest przypadkowe i zapewne zawdzięczamy je uniwersalnej, międzykulturowej sile pewnych symboli… lub światowej popularności wrestlingu.

Nie dochodzi do eskalacji przemocy na dzieciach, ponieważ chłopaczka ratuje prawdziwy Złoty Batman. Szyderczy heros wymierza znów sprawiedliwość, urywa drugiego wąsa i następnie leci ocalić doktora Kima oraz zmierzyć się z samym Black Starem. W końcu dochodzi do jakiejś konkretnej superbohaterskiej akcji, gdzie mściciel rozprawia się z nadnaturalnymi sługami terrorysty (wampiro-goblinem dziwnie podobnym do Green Goblina Marvela oraz robotem ukradzionym z japońskiej serii Mazinger Z), przeżywa utopienie w lawie i toczy epicki bój z głównym złym. Tu nawet pojawia się jakaś choreografia i dodatkowe moce jak lasery strzelające z palców Batmana, a ostatecznie dobro zwycięża nad złem. Protagonista pokonuje Black Stara przez wyrwanie mu ręki (!), ratuje doktora i na samym końcu odwiedza dzieci w szpitalu. Zdejmuje maskę, ukazując znajome rysy Bruce Wayne, prawi kilka truizmów i seans kończy się okropną pioseneczką.

Black Star vs Golden Bat jest potwornie nudny i paskudny, o animacji tak taniej, że przez większość czasu postacie wyglądają, jakby cierpiały na różne zespoły niekontrolowanych odruchów. Opisane sceny z tytułowymi trykociarzami stanowią ledwo kilka procent z godziny filmu, w większości wypełnionego infantylnymi perypetiami dzieci.

Jedyne warte uwagi momenty to wspomniana scena próby łamania chorego chłopca oraz niespodziewana eskalacja przemocy, która w amerykańskich cenzorach wywołałaby zawał serca. Jak to ten dobry używa supersiły, by złemu gościowi wyrwać rękę?! Kochane różnice kulturowe. Dla mnie to jeden z uroków tokusatsu i ich podróbek: od początku nieskrępowane podejście do motywów przemocy, pokazywania krwi, realistycznej broni palnej czy śmierci. Dodajmy do tego tradycyjną mitologię pełną krwiożerczych demonów, upiorów, krwawe historie o samurajach, przenoszone potem na plansze kamishibai (które, przypomnę, zaczynały jako dreszczowce dla dorosłych), karty komiksów…

W Japonii nie doszło do moralnej paniki, nie powstał odpowiednik CCA (Comic Code Authority), a cenzura odnosi się głównie do pornografii w dziełach kultury. Autorzy superbohaterów pisali zgodnie z przyjętymi normami kultury unikających pewnych tabu, niestosownych słów oraz poruszania tematów delikatnych, jak katastrofy naturalne czy druga wojna światowa. W zależności od wydarzeń w kraju seriale tokusatsu zmieniały ton w środku sezonu z poważnego na camp, w reakcji np. na trzęsienia ziemi czy atak terrorystyczny w metrze w 1995 roku. A komiksy rządziły się zupełnie innymi prawami i mogły nawet obchodzić takie ograniczenia. Oprócz tego kwestie cenzurowania przemocy zależały od konkretnej firmy i jej wewnętrznej polityki.

Co do nudy i braku poszanowania dla praw autorskich w animacji, to charakterystyczna cecha koreańskich podróbek z lat 80. Przykład Obrońców kosmosu, który podawałem na początku, miałem okazję obejrzeć w młodości na kasecie z polskim lektorem. W tym „dziele” zapożyczano rozmaite mechy z anime, a maszyną głównych bohaterów był starożytny Król Feniks – będący zapożyczonym z Transformers bohaterem drugoplanowym, wozem strażackim imieniem Inferno (widać starożytni poważnie podchodzili do problemów pożarów). Oprócz zapożyczeń film jest również wypełniony nic niewnoszącymi dyrdymałami, wprowadzającymi coś do pustki między scenami akcji.

Stare koreańskie animacje są najwyżej ciekawostkami do towarzyskiego pośmiania się, ale motyw łączenia Batmana z Ōgon Batem został zapamiętany przez fanów tego drugiego i powracał w innych dziełach, najczęściej w formie żartu i mrugnięcia okiem do odbiorcy. A w dodatku w Korei Południowej (oraz, co sugeruje kolejny dubbing, w Hiszpanii!) musiał odnieść jakiś sukces, ponieważ w 1990 roku powstał aktorski film Golden Bat vs Mazinger V. W tym filmie koreański Batman mierzy się z obcymi z planety Astro, chcących porwać robota Mazingera V, ale na ich drodze staje znajomy człowiek-nietoperz oraz, a jakże, gromadka dzieci. Żółty kostium wzbogacono o wizjer ala RoboCop oraz zmieniono logo – zamiast czerwonego nietoperza są czarne skrzydła z literką „B” w środku. Film wydany został m.in. w wiele mówiącej kolekcji „Superhero Trash”, obok takich tytułów jak Italian Spiderman i James Batman (filipińskiej parodii krzyżującej Bruce z Jamesem Bondem), oraz hiszpańskim dubbingiem japońskiego Spider-Mana z 1979. Nie wiem jak wy, ale ja zazdroszczę rodakom Gaudiego dostępu do takiej kolekcji.

Ōgon Bat współcześnie

Japończycy mieli plan na reboot Ōgon Batto jako odcinkowej serii tokusatsu Skull Z w formie dojrzalszej i wchodzącej gatunkowo w klimat horroru, ale szkice postaci ewoluowały i ostatecznie w 2005 roku utworzono nowego japońskiego superbohatera: Garo, wojownika w złotej wilczej zbroi (Ōgon Kishi Garo). Od reszty toku serial Garo odróżnia się ogromnym wykorzystaniem wysokiej jakości CGI oraz klimatami grozy, jest także… osobistym projektem autora, milionera Keita Amemiya. Koszty serialu na początku pokrywał całkowicie z własnej kieszeni (oraz z automatów do pachinko). Nowa marka doczekała się również wersji na kartkach mangi oraz adaptacji anime, a część ze starych motywów Złotego Nietoperza zaprzęgnięto do potrzeb Garo (jak zła kopia herosa i jej kolory).

Czemu jednak Amemiya zdecydował się na zmianę? Odważę się na teorię, że Ōgon Bat stoi niewiele więcej niż samą nostalgią, stał się dosłownie duchem minionej epoki, rozpoznawalną postacią z publicznej domeny, z której każdy może na szybko zrobić potwora, poboczną postać albo dowcip dla starych fanów. Superbohaterowie ewoluowali. W samej Japonii od lat obok typowych trykociarzy bardzo popularni są tzw. henshin hero (od transformacji, frazy aktywującej supermoce). Zaadaptowanie praszczura z kamishibai na obecne warunki, cóż, kończy się właśnie napisaniem zupełnie nowej postaci od podstaw. Były inne próby wskrzeszenia tej postaci jak seria anime w gatunku horroru, ale nie ujrzały światła dziennego. Obecni supersi Japonii odpowiadają na inne potrzeby, zbliżają się z każdym krokiem bliżej tego zapracowanego społeczeństwa. Jeśli postawimy Nietoperza w tłumie rodaków w spandeksie, z dnia na dzień wyróżnia się wśród nich coraz bardziej.

Saitama z serii One Punch Man, kostiumem i mocami zbliżony do Ōgon Bata (zapewne nieprzypadkowo, nawet łysa glaca ma coś wspólnego z wypolerowaną czachą), jest przedstawiony jako dekonstrukcja typowego herosa – własna potęga sprawiła, że zaczął cierpieć na wypalenie tą niezwykłą stroną swojego życia i odnajduje więcej satysfakcji w prostej codzienności, jak polowanie na promocje w marketach albo granie w gry. Ze stajni Toei Company mamy Touma Kamiyamę, aktualnego Kamen Ridera, aspirującego pisarza prowadzącego ledwo przędący antykwariat oraz Kaito Goshikidę, białego rangera z Kikai Sentai Zenkainger, skromnie żyjącego sierotę próbującego odcisnąć swój ślad na świecie i nie zginąć w tłumie everymanów. Od Tsuburaya Productions na dniach ukaże się premiera nowego sezonu Ultramana, jego protagonista ma być ciężko pracującym botanikiem. Pierwszy rycerz Garo, Kouga Saezima, reprezentował sobą archetyp cudownego dziecka, które za umiejętności szlifowane od dzieciństwa płaci samotnością, problemami z komunikacją i błędnym wyobrażeniem tego, jak ma funkcjonować świat.

W historii szkieletora z Atlantydy nie ma miejsca na przyziemność, ambicję i ciężką pracę, którą trzeba balansować z życiem społecznym i jego wyzwaniami. Chociaż reprezentuje sobą silny jungowski archetyp błazna, Ōgon Bat nie przeszedł znaczącej przemiany. W pewien sposób pozostał na swoim odludziu w Alpach, nie nadążając za przechodzącymi zmianami ani nawet nie przechodząc najprostszej podróży bohatera, która mogłaby uczynić go uniwersalnym herosem dla odbiorców. Zatoczył koło z narodzin od inspiracji muzeum i kulturą ludową, samemu stając się eksponatem oraz przedstawicielem superbohaterskiego folkloru. Jeśli superbohaterowie mieliby otrzymać swojego yokai (demona tudzież ducha z japońskich mitów), to byłby naczelnym kandydatem.

Jednocześnie, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tworzy się nurt coraz bardziej sprzyjający powrotom tego typu postaci. Po obu stronach świata camp wraca do łask, doi się nostalgię, a szeroki wpływ fabryki Disney-Marvel pozwala trafić komiksowym trendom do globalnego obiorcy. Dużą popularnością cieszą się postacie komediowe czy wręcz heroiczni tricksterzy, o czym świadczy w DC rosnąca obecność Harley Quinn, a w Marvelu postać Lokiego, którego serial właśnie miał premierę. Nie zdziwiłbym się, gdyby w najbliższych latach Ōgon Bat pojawił się na wschodzie, nawet w postaci miniserii animacji. Kolejne przebudzenie niczym z atlantydzkiej trumny, tym razem nie przez łzy smutnych dzieci, a przez łzy rozbawienia? Czemu nie.

Może zabawny kostium koreańskiego Batmana zawita jeszcze kiedyś na kadry komiksów w formie mrugnięcia okien (i na tle kwiatków srebrnej ery jak kostium zebra Batman nie wygląda aż tak źle). Sam Ōgon Bat w pewnym sensie już się pojawił – łotr Lord Death Man, japoński mafiozo, jest do niego uderzająco podobny.

Autorem artykułu jest Sebastian „Kerberos” Luc-Lepianka. Recenzent i publicysta na portalu Nerdheim.pl, wieczny student, koci tata, gracz, komiksiarz i pasjonat mitologii. Popkulturowy cerber ciągle pracujący nad trzema projektami naraz. Zarażony fascynacją Japonią przez zachodnie importy w postaci Transformers czy Power Rangers, do których nostalgię pielęgnuje teraz w postaci figurek.

Korekta: Marcin Andrys.

[Suma głosów: 0, Średnia: 0]

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *