BATMAN: CREATURE OF THE NIGHT / SUPERMAN: SECRET IDENTITY

Sekretne życie nastolatków, czyli czy lepiej być Batmanem czy Supermanem?

Powołany do życia ponad osiemdziesiąt lat temu Superman nie ma ostatnio najlepszej prasy. A to wyciekną zdjęcia z planu, na których nieudanie skrywa swoją tożsamość za szarmanckim wąsikiem, a to stanie się pierwowzorem postaci Homelandera, o którego skurwysyństwie wszystko już powiedziano, a to znów dostanie bęcki od młodszego kuzyna w wyjątkowo słabym filmie Batman v Superman: Świt sprawiedliwości.

A skoro już o młodszym kuzynie mowa, ten zdaje się mieć znacznie lepiej. Boom na Batmana trwa w najlepsze, powstaje o nim spin-off za spin-offem, a już za chwileczkę, już za momencik (albo trochę później) do kin wiedzie najnowszy film, gdzie w Gacka wcieli się sam Robert Pattinson. W temacie ‘pijaru’ Clark Kent mógłby się od Bruce’a Wayne’a wiele nauczyć.

Jednak nie na wszystkich polach Batman osiąga nad Supermanem przewagę. Zdarza się i tak, że o Supermanie powstaje historia, która nie wywołuje uśmiechu zakłopotania u dojrzałego czytelnika, która nie trąci myszką (w każdym razie nie bardziej niż wyrażenie „trącić myszką“), i która na swój sposób trzyma w napięciu. Co więcej: historia na tyle uniwersalna, że z powodzeniem odgapi z niej Batman. Mowa o Superman: Secret Identity (2004) i jej młodszym batmańskim odpowiedniku Batman: Creature of the Night (2018-2020). Obie historie mają tyle elementów wspólnych, że jeśli nie doszło za ich sprawą do sądowej batalii, to tylko dlatego, że stoi za nimi nie tylko ten sam wydawca (oczywiście DC Comics), ale i ten sam scenarzysta: Kurt Busiek. Obie też ukazały się jako czteroczęściowe miniserie usytuowane poza kanonem: ta pierwsza, w której stroną wizualną zajął się Stuart Immonen, w okresie od stycznia do kwietnia 2004 roku; ta druga, narysowana przez Johna Paula Leona, rozpoczęła się w roku 2018 (styczeń-kwiecień), ale za sprawą problemów zdrowotnych artysty została ukończona dopiero stosunkowo niedawno, bo w grudniu 2019 roku. Zarówno Secret Identity, jak i Creature of the Night ukazały się też jako jednotomowe wydanie zbiorcze, i to właśnie na tych wydaniach (warto podkreślić: wyjątkowo przyjemnych w lekturze) opiera się niniejsza recenzja.

Zanim do recenzji strico sensu przystąpię, winien jestem czytelnikowi kilka słów wyjaśnienia: otóż nigdy, nawet w dzieciństwie sielskim, anielskim, nie byłem fanem Supermana, a moja znajomość supermańskiego kanonu nie wykracza poza ogólną wiedzę z zakresu popkultury. Owszem, jako przedszkolak widziałem kilka odcinków kreskówki o tym, który nie jest ni ptakiem, ni samolotem; może nawet przeczytałem w podstawówce kilka komiksów z TM-Semica, ale bardzo wcześnie musiałem zdać sobie sprawę, że fabularny potencjał historii o dysponującym supermocami przybyszu z kosmosu jest mocno ograniczony. Batman był i jest mi bliższy, zarówno w wydaniu najmroczniejszym, jak i tym z Bronze Age. Skłamałbym więc czytelnikowi, gdybym powiedział, że w kwestii Batman kontra Superman zachowuję bezstronność. Nie ukrywam też, że najpierw zaznajomiłem się z Creature of the Night, a Secret Identity zainteresowałem się dopiero później, i przeczytałem je niejako przez pryzmat pierwszej historii. Wszystko to mogło mój osąd zniekształcić. Ale nie musiało.

Po tym auto da fé pora przedstawić czytelnikowi sprawcę całego zamieszania – scenarzystę Kurta Busieka. Urodzony w Bostonie artysta niedawno świętował sześćdziesiąte urodziny, a z komiksem związany jest od prawie czterdziestu lat, w czasie których współtworzył losy wielu bohaterów, w szczególności The Avengers (1998-2002). Znany jest również z autorskiej serii Astro City, wydawanej od 1995 roku, która niedługo może nawet dorobić się opartego na niej serialu. Warto odnotować, że przed Secret Identity jego doświadczenie z Supermanem było niewielkie (w 1996 roku popełnił tylko Superman: Man of Steel Annual #5), a Creature of the Night jest wręcz pierwszą napisaną przez niego historią o Batmanie. Z jednej strony Busiek był zatem już w czasach Secret Identity autorem doświadczonym (a obecnie jest wręcz weteranem komiksu); z drugiej strony, miał zarówno na Supermana, jak i na Batmana spojrzenie wyjątkowo świeże, był w ich uniwersum osobą z zewnątrz. W obu historiach widać, że powstały w umyśle „doświadczonego nowicjusza”. W istocie mamy do czynienia z czymś w rodzaju metakomiksu, komiksu o postaciach rodem z komiksu żyjących w świecie, w którym – zupełnie jak w tym naszym — superbohaterowie niestety nie istnieją. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że świat Secret Identity stanowi pierwowzór świata The Boys (serii rozpoczętej w październiku 2006, a więc dwa i pół roku po zakończeniu Secret Identity).

W takim właśnie świecie, w latach 90., spotykamy wyalienowanego nastolatka z Picketsville w rolniczej części stanu Kansas. Nastolatek nazywa się Kent i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby rodzice (wykazując się poczuciem humoru na poziomie państwa Ruchałów, rodziców Elżbiety Józefy) nie nadali mu imienia Clark, czyniąc zeń łatwy cel dla rówieśniczych żartów. Co więcej, najbliższa rodzina Clarka Kenta jest na tyle pozbawiona empatii, by przy każdej okazji obdarowywać go supermańskimi bibelotami. Mimo wszystko, gdy którejś nocy chłopiec odkrywa, że w istocie posiada cały wachlarz supermocy Człowieka ze Stali, jest nie tylko zaskoczony, ale i zadowolony, choć przeczuwa, że mogą z tego wyniknąć jakieś problemy. Ukrywa więc swój dar przed rodzicami i rówieśnikami, nawet gdy lokalne brukowce donoszą, że zaobserwowano latającego w chmurach człowieka. Ponieważ Clark to poczciwy chłopaczyna, nie stroni od dobrych uczynków: a to uratuje kogoś z powodzi, a to z zawalonego budynku, poruszając się tak błyskawicznie, by nikt go nie zauważył – na wszelki wypadek przywdziewa jednak halloweenowy kostium Supermana, by ewentualni świadkowie nie wierzyli własnym oczom.

Chcąc dowiedzieć się więcej o źródle supermocy kontaktuje się z lokalną dziennikarką, która jednak nadużywa jego zaufania. Węszą wokół niego już nie tylko brukowe media, ale i rządowa agencja. Jako dorosły, podejmuje pracę w gazecie i nie rezygnuje z hobbystycznego ratowania ludzi z najprzeróżniejszych kataklizmów. W końcu zostaje pojmany przez wspomnianą rządową agencję przy użyciu nieznanej broni i poddany testom, w czasie których udaje mu się zbiec – widzi jednak, że podobnym testom, z fatalnym skutkiem, poddawani są też inni ludzie, w tym noworodki. Przerażony tym widokiem, Clark zdwaja wysiłki mające na celu pozostanie w ukryciu. Gdy jednak dowiaduje się, że jego oblubienica (imieniem Lois, a jakże, choć tym razem hinduskiego pochodzenia) oczekuje bliźniąt, ponownie daje się rządowi namierzyć, by zaproponować układ: w zamian za spokój dla niego i jego rodziny zgadza się wypełnić powierzone mu misje (rozbija np. rebeliancką bojówkę w Ameryce Środkowej). So far so good, ma się ochotę powiedzieć, ale najlepsze przychodzi moim zdaniem dopiero w finałowej, czwartej części, skupionej na relacji Clarka z córkami.

Ponad pięćdziesięcioletni Clark nosi gustowną brodę (jeszcze lepszą niż wąsik Cavilla) i choć nie utracił supermocy, nie oparł się upływowi czasu. Nadal, choć coraz rzadziej, pomaga rządowi, chociaż nabiera podejrzeń, że nie jest jedynym superczłowiekiem na jego usługach. Podczas jednej z interwencji udaje mu się zauważyć… dwie młode superkobiety. Okazuje się, że jego córki, wbrew rodzinnej tradycji noszące standardowe imiona i żyjące w pozornej nieświadomości tożsamości ojca, również są obdarzone supermocami, co udało im się przez lata ukrywać, tak jak robił to Clark. Sytuacja, jeśli się zastanowić, nie odbiega za bardzo od niespodziewanego zetknięcia się z własnym rodzicem w klubie swingersów – wszystkim udaje się jednak wyjść z twarzą, a nawet odbyć wspólny lot w rodzinnej atmosferze. W finałowej scenie, częściowo narysowanej w stylu kreskówkowym, widzimy Clarka w podeszłym wieku, beztrosko kręcącego beczki w eskorcie nie tylko córek, ale i wnuka. Z narracji dowiadujemy się, że w nowym świecie superbohaterów jest wielu i współżyją oni pokojowo z ogółem populacji, nie ma więc potrzeby, by dalej się ukrywać – rodzina Kentów nadal ceni jednak swoją prywatność i nie afiszuje się z nadludzkimi zdolnościami.

Dla mnie właśnie w tym zakończeniu tkwi siła Secret Identity. W przypadku Creature of the Night rzecz ma się zupełnie inaczej.

Ta druga opowieść rozpoczyna się tym razem w latach sześćdziesiątych, a jej głównym bohaterem jest nastoletni Bruce Wainwright, wielki fan komiksów o Batmanie. Bruce dorasta w zamożnej rodzinie w Bostonie, a jego najlepszym przyjacielem jest wuj Alfred (właściwie Alton Frederick). Życie Bruce’a na zawsze odmienia – zgadliście – morderstwo obojga jego rodziców. Po tragicznym zdarzeniu chłopiec zaczyna widywać – trudno powiedzieć, w snach czy na jawie – małomówną kreaturę przypominającą Batmana. Ten oniryczny Batman nie ma w sobie początkowo nic z George’a Clooneya, wygląda raczej, co godne odnotowania, jak żywcem wycięty ze znanej akwaforty Goyi, wydaje się jednak dbać o bezpieczeństwo Bruce’a i walczyć z niesprawiedliwością, bezlitośnie rozprawiając się z bostońskim półświatkiem (Boston, nawiasem mówiąc, świetnie sprawdza się w roli Gotham City).

Jako młodzieniec, dzięki odziedziczonemu majątkowi pomnożonemu przez kuratelę poczciwego wuja Alfreda, Bruce staje na czele znaczącego funduszu inwestycyjnego. Interesy idą nad wyraz świetnie (fundusz bierze między innymi pod opiekę sierotę, dziewczynę o imieniu Robin), a wszystko to nie bez pomocy nietoperzowej kreatury, co z czasem kieruje na Bruce’a uwagę policji (w tym, a jakże, komisarza Gordona, w tym wydaniu czarnoskórego). Nękany koszmarami Bruce odkrywa jednak, że miał zmarłego przy porodzie brata bliźniaka, który właśnie objawia się w jego podświadomości w postaci totemicznego stworzenia (Batman jako totem to zapewne ukłon w stronę klasycznej historii Shaman autorstwa Dennisa O’Neilla i Eda Hannigana). W miarę rozwoju historii kreatura nabiera zresztą kolejnych cech antropomorficznych, by wreszcie stać się dla Bruce’a tym, kim Edward Hyde był dla doktora Henry’ego Jekylla – rodzajem demonicznego alter ego. Tak oto klasyczny evil twin nabiera nowego znaczenia.

Powyższy opis zapewne nie do końca to oddaje, ale do tej pory (pierwsze trzy części) jest naprawdę dobrze, lepiej niż w pierwszych trzech częściach Secret Identity. Mamy to, co w Batmanie lubimy najbardziej: mrok, tajemnicę, tragedię, działanie na granicy prawa (a w przypadku totemicznego człowieka-nietoperza raczej poza jego granicą, ale w szczytnym celu), słowem: mocny klimat noir. I wtedy nadchodzi (przypomnijmy: z półtorarocznym opóźnieniem) część czwarta. O ile była to zdecydowanie najlepsza część Secret Identity, o tyle w Creature of the Night jest to bezapelacyjnie część najsłabsza.

Bruce stacza się coraz bardziej w otchłań obłędu, wydaje mu się, że jest ofiarą nieustannej manipulacji. Coraz trudniej mu ujarzmić „wewnętrznego Batmana”, a gdy ten przejmuje nad nim kontrolę, staje się coraz bardziej brutalny. W histerycznym zwidzie ukazują mu się najwięksi przeciwnicy Batmana, śmiejący się tryumfalnie. Po śmierci Alfreda wspomagany przez Robin Bruce postanawia wrócić do zaleconej przez psychiatrę kuracji. Tylko dzięki niej udaje mu się utrzymać jego brutalne alter ego na wodzy i skupić na czynieniu dobra w bardziej cywilizowany sposób, za pośrednictwem charytatywnych działań jego przedsiębiorstwa.

To zakończenie pozostawia wiele do życzenia – nie pierwszy raz wydaje mi się, że scenarzysta używa choroby psychicznej głównego bohatera, żeby wybrnąć z patowej z punktu widzenia fabuły sytuacji. Co więcej, sposób, w jaki część czwarta została opowiedziana również rozczarowuje: dość niezgrabnie zacierane są granice między rzeczywistością a schizofrenicznym przywidzeniem głównego bohatera, nie pomagają też częste zmiany narratorów (na początku narrację prowadzi Robin, zabieg, któremu przyklasną behawioryści, ale dobre wrażenie zanika, gdy do roli narratora w kluczowym momencie wraca oszalały Bruce).

Z obu historii wypływają silne morały. Secret Identity odczytuję w pierwszym rzędzie jako historię o poszanowaniu prywatności, nawet wewnątrz podstawowej komórki społecznej. Najlepszym rozwiązaniem dla superrodzica okazuje się danie superdzieciom niezbędnej do rozwinięcia skrzydeł (nomen omen) swobody. Jest to też historia o poszanowaniu odmienności – świat tolerujący superludzi jest dla wszystkich miejscem lepszym od tego, w którym „odmieńcy” muszą się ukrywać. Creature of the Night opowiada natomiast o tym, że ciemną stronę własnej osobowości można opanować i wykorzystać do czynienia dobra, a także o tym, że więcej od spektakularnych aktów przemocy da światu cierpliwa praca u podstaw (wsparta oczywiście odziedziczoną fortuną). Nie ukrywam, że jestem tym drugim przesłaniem nieco zawiedziony – czy naprawdę złoty środek między wewnętrznym złem a dobrem jest tam, gdzie zła już nie ma? Czy wreszcie farmakologia to jedyna droga do opanowania „wewnętrznego wroga”? Chciałbym zobaczyć inne zakończenie Creature of the Night, ambiwalentne, paradoksalnie: bardziej „batmańskie”, a mniej „supermańskie”.

Jeśli chodzi o scenariusz, wygrywa zatem w moich oczach Superman i Secret Identity. A jak ze stroną graficzną? W obu przypadkach co najmniej bardzo przyzwoicie. Stuart Immonen w Secret Identity stworzył rysunki idealnie pasujące do stylu Supermana, z anatomicznie doskonałymi sylwetkami i pastelowymi kolorami, flirtujące miejscami z cukierkowatą tandetą, jednak nigdy jej nieulegające. Na szczególną pochwałę zasługuje odważne, by nie powiedzieć zamaszyste kadrowanie, z dużą liczbą panoramicznych ujęć i proporcjonalnie niewielką ilością tekstu. John Paul Leon w Creature of the Night stworzył coś zgoła przeciwnego, kreska jest bardziej dynamiczna i interesująca, kontury ostrzejsze, a paleta kolorów bardzo oszczędna. Na szczególną pochwałę zasługuje przedstawienie tytułowego stwora, zwłaszcza w jego najbardziej zwierzęcej formie z pierwszej części serii. Kadry są ciasne, wąskie i mocno naładowane tekstem, co jednak nie jest wadą. Przyczepić się można natomiast to liternictwa, które do najbardziej czytelnych nie należy, przez co komiks czyta się powoli i czasem nawet z wysiłkiem. Reasumując, strona graficzna obu historii na remis, ze wskazaniem tym razem na Batmana.

Nie chciałbym być zrozumiały opacznie: oba komiksy są bardzo dobre i pomyliłby się krwawo ten, kto, przeczytawszy Secret Identity, odpuściłby Creature of the Night, tym bardziej że obie historie są poza kanonem i może docenić je nawet zupełny laik. Z porównania obu zwycięsko wychodzi jednak Secret Identity, głównie za sprawą świetnego zakończenia, którego w Creature of the Night brakuje – i muszę to przyznać mimo całej mojej stronniczości w sporze o to, kto jest najfajniejszym superbohaterem.

Paweł Kamocki, autor tej recenzji, jest brodatą osobą średniego wzrostu, która lubi nosić krawaty. Z wykształcenia prawnik i językoznawca, specjalista z zakresu prawa nowych technologii, z zawodu pracownik akademicki, z zamiłowania recenzent. Lubi powtarzać za Tomem Waitsem, że dżentelmen to ktoś, kto potrafi grać na akordeonie, ale tego nie robi. Nieprawdą jest, jakoby to o nim Stanisław Hozjusz miał napisać: ‘[o]to ci teolog, praw obojga znawca, gramatyk, retor, medyk, matematyk, łaziebnik, wróżbita, linoskoczek i co jeszcze nie?’; w rzeczywistości Hozjuszowi chodziło o Andrzeja Frycza Modrzewskiego (1503-1572).

Korekta: Marcin Andrys.

„Batman: Creature of the night” Hardcover Edition

Scenriusz: Kurt Busiek

Rysunki: John Paul Leon

Wydawca: DC Comics

Rok publikacji: 2020 r.

Oprawa: twarda

Format: 173 mm x 265 mm

Papier: kredowy

Druk: kolorowy

Liczba stron: 216

Cena: $29.99

Zawartość tego wydania zbiorczego opublikowano pierwotnie w formie czteroczęściowej miniserii (styczeń 2018 – grudzień 2019).

„Superman: Secret Identity” the Deluxe Edition

Scenriusz: Kurt Busiek

Rysunki: Stuart Imonnen

Wydawca: DC Comics

Rok publikacji: 2016 r.

Oprawa: twarda

Format: 188 mm x 282 mm

Papier: matowy

Druk: kolorowy

Liczba stron: 224

Cena: $29.99

Zawartość tego wydania zbiorczego opublikowano pierwotnie w formie czteroczęściowej miniserii (styczeń-kwiecień 2004).

[Suma głosów: 0, Średnia: 0]

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *